Sylwetka: Robert Capa

 

Robert Capa w swoim burzliwym życiu zrobił dużo i powiedział dużo. Jednak całą jego filozofię można streścić w jednej sentencji, która wprawiła mnie w osłupienie, gdy po raz pierwszy ją przeczytałem: „Jeśli twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, to nie jesteś dostatecznie blisko”.

I tak właśnie działał Capa: zawsze był w centrum wydarzeń, zawsze utrwalał rzeczywistość ryzykując własne życie. To właśnie Capa jest uznawany za ojca chrzestnego fotografii wojennej; to właśnie Capa był autorem jednego z pierwszych publicznie prezentowanych zdjęć żołnierskiej śmierci (słynna „Śmierć hiszpańskiego republikanina”, widzicie je na górze). I choć długo uznawano to ujęcie za mistyfikację, szybko obiegło świat dając Robertowi niekwestionowaną sławę.

Robert Capa to tak naprawdę Endre Ernő Friedmann, z pochodzenia Węgier, który przewędrował pół Europy, zanim trafił do Paryża, gdzie doszło do spotkania, które odmieniło jego życie, a przy okazji weszło do historii fotografii: Robert Capa poznał Henriego Cartier-Bressona, wziętego (lecz jeszcze nie legendarnego) fotografa i malarza. Razem z nim, Williamem Vandivertem, Davidem Seymourem i Georgem Rodgerem zakładają agencję Magnum w 1947, która do dzisiaj ustanawia najwyższą poprzeczkę jakości i stylu fotografii. Zresztą, to Magnum była prekursorem zmiany nastawienia do fotografii i profesjonalnych fotografów – jako pierwsza ustaliła zasady według których zdjęcia i prawa autorskie pozostają przy ich autorze.

Ciekawi Was jakim sprzętem robił zdjęcia? Rozpoczynał swoją karierę od Leicy (ponoć jedyny aparat z duszą), ale przygotowując się na lądowanie na plaży Omaha uzbroił się w dwa Contaksy II, obydwa z obiektywami 50mm. W sumie wykonał 106 klatek z operacji, ale przez błąd laboratorium udało się odtworzyć jedynie 11. Które, swoją drogą, są niesamowite.

Wracając jednak do samego Roberta Capy- przez całe swoje niespełna czterdziestoletnie życie nie stronił od kobiet, rozrywek i wojny. Pojawiał się wszędzie, gdzie toczyły się zbrojne potyczki: hiszpańska wojna domowa (stamtąd pochodzi zdjęcie martwego republikanina), II wojna światowa, wojna izraelsko-arabska, wojna indochińska… Podróżował też chociażby po Związku Radzieckim ze swoim przyjacielem Johnem Steinbeckiem. Reasumując: cały czas igrał z losem, osłaniając się swoim przytoczonym na początku mottem.

Motto jednak nie chroni od rzeczywistości, która dosięgnęła Capę w Wietnamie w 1954 roku.

Zginął rozerwany przez minę przeciwpiechotną.

Kategoria posta: Aktualności

Noc Muzeów 2012 - co oferuje fotografom?
Noc Muzeów 2012 - co oferuje fotografom?

Zamknij