Olympus OM-D E-M1 Mark II - najszybszy na rynku [test]

Filmy w rozdzielczości 4K, 60 kl./s w trybie RAW i jeszcze bardziej zaawansowana stabilizacja - to tylko niektóre z nowości, jakie znajdziemy w nowym bezlusterkowcu Olympus E-M1 Mark II. Sprawdziliśmy w praktyce czy te i inne funkcje rzeczywiście czynią z E-M1 Mark II aparat rewolucyjny na miarę zapowiedzi.

Specyfikacja i opis

Na E-M1 Mark II przyszło nam czekać 3 lata. Nowy model zastępuje wysłużony E-M1, który mimo świetnej specyfikacji zaczął ustępować konkurentom. Wiele osób decydując się na aparat ze stajni Olympusa, wybierało E-M5 Mark II, który E-M1 ustępował właściwie tylko autofokusem w trybie ciągłym. Firma Olympus miała twardy orzech do zgryzienia i musiała zaprezentować produkt znacznie przewyższający pozostałe modele. Specyfikacja obiecuje, że tak właśnie jest, co sprawdzę w dalszej części testu.

Aparat testowałem w wielu sytuacjach, podczas trzech różnych premier tego korpusu - na targach Photokina, następnie na wyjeździe do hiszpańskiej Rondy i podczas polskiej premiery, na której aparaty dostały najmocniej w kość — przez pół dnia chodziliśmy w błocie na torze offroadowym. W międzyczasie zdążyłem zrealizować nim jeszcze dwa zlecenia, więc po dość długim czasie spędzonym z aparatem, mogłem wyrobić sobie o nim mocne zdanie.

OM-D E-M1 Mark II został zaprezentowany w październiku, ale na sklepowe półki trafił dopiero w grudniu. Jego cena to 8490 zł za korpus. To wygórowana kwota, ale producenci zdecydowanie przyzwyczaili nas do tego, że nowy aparat z wysokiej półki musi kosztować.

Cena E-M1 Mark II plasuje go niemal na równi z konkurentami, takimi jak: Nikon D500 (8500 zł), Fujifilm X-T2 (7400 zł). Liczący ponad 2 lata Canon 7D Mark II to wydatek rzędu 5500 zł. Celowo nie wymieniam większej liczby aparatów, bo nie znajduję bezpośredniej konkurencji w takich konstrukcjach, jak Sony A7 lub A6500 czy Panasonic GH4/5, które dedykowane są do innego typu fotografii.

Tym, na co stawia firma Olympus w nowym flagowcu, jest przede wszystkim ponadprzeciętna szybkość i ciekawe funkcje dodatkowe, które będą przydatne przy fotografowaniu dynamicznych akcji. Zresztą wszystko sprawdzę w dalszej części testu.

Olympus OM-D E-M1 Mark II
ProducentOlympus
RodzinaOlympus OM-D
RodzajBezlusterkowiec
BagnetMikro Cztery Trzecie
Karty pamięciDual SD/SDHC/SDXC sloty
Data premiery2016 r.
Matryca
Maksymalna rozdzielczość5184 x 3888
Liczba pikseli20 Mpix
Rozmiar matycyCztery Trzecie (17.4 x 13 mm)
Rodzaj matrycyCMOS
Czułość ISOAuto, 200–25600 (expis down to 64)
ProcesorTruePic VIII
Optyka
Autofokus121 punktów
Tryby AFdetekcja kontrastu (sensor), detekcja fazy, wielopunktowy, centralny,śledzenie, pojedynczy, ciągły, dotykowy, rozpoznawanie twarzy, live view
Pomiar światłamatrycowy, centralnie ważony, punktowy
Fotografia
Formaty zapisuRAW
Minimalny czas naświetlania1/8000 s
Maksymalny czas naświetlania60 s
Korekta ekspozycji±5
Zdjęcia seryjne60.0 kl./s
Filmy
Formaty zapisuMPEG-4, H.264
Wyświetlacz i wizjer
Rozmiar wyświetlacza3 cali
Ilość pikseli1037000 mln pikseli
Ekran dotykowytak
Rodzaj wizjeraElektroniczny
Pokrycie kadru100 %
Powiększenie wizjera0.74 x
Lampa błyskowa
Wbudowana lampa błyskowanie (zewnętrzny flash FL-LM3 w zestawie)
Gorąca stopkatak
Łączność
USBUSB 3.0
HDMItak (micro HDMI)
Gniazdo mikrofonutak
Gniazdo słuchawektak
Dodatkowe informacje
Rodzaj bateriiBLH-1 Li-Ion
Wymiary134 x 91 x 67 mm
Waga574 g
Uszczelnieniatak


Budowa i wykonanie

Zobacz również: Canon 5D Mark III - test

Nowy Olympus OM-D E-M1 Mark II z wyglądu niewiele różni się od poprzednika. Zastosowano tu szereg zmian, ale nie możemy mówić o rewolucji. W mojej ocenie to dobrze, bo fotografując od niemal dwóch lat pierwszą ewolucją E-M1, ciężko znaleźć w niej jakieś słabsze punkty, zarówno w ergonomii jak i wykonaniu.

Jednak inżynierowie nie spoczęli na laurach i zastosowali szereg ulepszeń. Zacznijmy jednak od faktu, że korpus wykonany jest ze stopu magnezowego, jest w pełni uszczelniony i odporny na kurz, zachlapania i mróz (do -10 stopni Celsjusza w pracy i -20 przy przechowywaniu). Nieraz zdarzało mi się fotografować w rzęsistym deszczu E-M1 i absolutnie nic mu nie dolega.

W stosunku do poprzednika, aparat nieco urósł.

Najbardziej odczuwalną zmianą jest zastosowanie obracanego ekranu, który odchylany jest na lewą część korpusu, wzorem E-M5 Mark II i PEN-F. W E-M1 był odchylany w górę i w dół. Które rozwiązanie jest lepsze? Według mnie oba mają swoje plusy i minusy.

Zmienił się również grip, który obecnie kryje znacznie większy i mocniejszy akumulator, któremu przyjrzę się w dalszej części testu. Trzymanie aparatu jest jeszcze pewniejsze - grip jest nieco większy i grubszy, co przydaje się przy fotografowaniu z większymi obiektywami PRO.

E-M1 Mark II nieco urósł w stosunku do poprzednika. Jego waga z baterią to 574 gramy (E-M1 — 497 gramów). Nadal jednak jest to niewielki korpus, porównując go z konkurencyjnymi lustrzankami.

Kolejną, dużą zmianą jest zastosowanie dwóch slotów kart SD, przy czym jeden wspiera standard UHS-II. To krok w dobrą stronę, który do tej pory zarezerwowany był głównie dla lustrzanek (wcześniej zostało to wprowadzone w Fujifilm X-T2). Mamy tu oczywiście różne możliwości zapisu — symultaniczny z tymi samymi lub różnymi ustawieniami, przełączanie slotu po zapełnieniu jednej z kart lub zapis zdjęć i wideo na różnych kartach. To wygodne, kiedy od razu chcemy robić backup zdjęć lub kiedy podczas wyjazdu robimy zapis RAW-ów na wielu kartach w slocie 1, a w slocie 2 włożona jest jedna, duża karta, która zapisuje JPG-i, które możemy od razu dać znajomym lub rodzinie. Opcji wykorzystania dwóch slotów jest naprawdę dużo.

Obok pokrywy kart pamięci umieszczono gniazdo wężyka spustowego. Resztę złącz umieszczono na lewej części korpusu. U góry złącze mikrofonowe i słuchawkowe, poniżej USB-C w standardzie 3.0 i czyste wyjście HDMI (z próbkowaniem 4:2:2). Tu jednak pojawia się pewien feler, bo kiedy nagrywamy wideo i korzystamy z mikrofonu lub/i słuchawek, ekran nie może być odchylony, ponieważ haczy o wtyczki. Lepszym rozwiązaniem byłoby umieszczenie tych złączy na dole.

Tak jak wspomniałem wcześniej, E-M1 Mark II został wyposażony w nowy akumulator o pojemności 1720 mAh (u poprzednika to 1220 mAh), który według producenta pozwala na wykonanie około 950 zdjęć na jednym ładowaniu, przy maksymalnym jego oszczędzaniu lub 440, mierząc w standardzie CIPA. Dodatkowo, wreszcie umieszczono procentowy wskaźnik jego naładowania, co pozwala lepiej ocenić, ile możemy jeszcze fotografować. W praktyce w pełni naładowany akumulator spokojnie starczy na cały dzień fotografowania. Podczas testów w Rondzie, po całym dniu z aparatem, zrobieniu 1100 zdjęć z migawką mechaniczną (w sumie 1450 zdjęć z migawką mechaniczną i elektroniczną) zostało mi około 30 proc. naładowania. Niestety, podczas testów znalazłem w całym rozwiązaniu jeden minus. Kiedy naładowanie akumulatora spadnie poniżej 20 proc., aparat zaczyna sygnalizować jego rozładowanie i nie pokazuje, ile procent nam zostało. Równie dobrze może to być 19, jak i 4 proc. Niestety, nie ma możliwości zmiany momentu ostrzeżenia.

Firma Olympus postawiła na sprawdzone rozwiązanie, stosując szereg ulepszeń. Aparat jest bardzo dobrze wykonany, masywny, świetnie leży w dłoni, ale nadal pozostaje bardziej kompaktowy od lustrzankowej konkurencji. E-M1 Mark II z powodzeniem może być wykorzystywany w ciężkich warunkach fizycznych bez obawy o uszkodzenie. Szkoda tylko, że gniazda mikrofonu i słuchawek nadal umieszczone są w niefortunnym miejscu.

Ergonomia i obsługa

Kiedy E-M1 Mark II pierwszy raz trafił w moje ręce w październiku, od razu odnalazłem wszystkie żądane przyciski i funkcje. Tak jak wspomniałem wcześniej — większość elementów sterujących jest zbieżna z poprzednikiem. Na górze obudowy zastosowano spore koło nastaw z blokadą (która może być włączona lub wyłączona). Dodano tu trzy tryby indywidualne, które możemy dostosować do swoich potrzeb. To kolejne, dobre zaczerpnięcie z lustrzanek. Obok umieszczono dwa, mocno perforowane i bardzo wygodne koła nastaw, z których jedno oplata spust migawki. Obok umieszczono przycisk funkcyjny i nagrywania wideo. Po drugiej stronie wizjera znajdziemy włącznik i przyciski zmiany napędu i funkcji HDR oraz trybów AF i pomiaru światła.

Na tylnej ścianie, obok dotykowego ekranu o rozdzielczości 1.04 mln punktów, umieszczono tzw. dźwignię 2×2, która zmienia działanie kół nastaw — w ustawieniu 1 zmieniamy przysłonę i czas, natomiast w drugim — balans bieli i ISO. Zmiana położenia może zmieniać również działanie przycisków funkcyjnych. W jej środku umieszczono jeszcze przycisk blokady ekspozycji. Sama dźwignia również została poddana liftingowi i obrócona w stronę wizjera, przez co znacznie trudniej przesunąć ją przypadkowo. To dobre posunięcie.

Po prawej stronie ekranu znajdziemy 4-kierunkowy nawigator z przyciskiem OK, włącznik menu, podglądu i kasowania zdjęć, a także przycisk info. Pod kciuk trafia przycisk zmiany stref AF. Z kolei na froncie korpusu umieszczono kolejne dwa przyciski funkcyjne i gniazdo synchronizacji lamp błyskowych.

W sumie możemy zmieniać funkcje 11 przycisków, przy czym siedem z nich może je zmieniać w drugim położeniu dźwigni sterowania. Wykorzystując obiektywy PRO, możemy zaprogramować dodatkowo funkcje przycisku L-fn na obiektywie. Możliwości personalizacji aparatu są zatem ogromne, szczególnie jeśli połączymy to z trzema programowalnymi trybami fotografowania. W praktyce, aparat jest już dobrze zaprojektowany w standardzie, a opcje są mądrze poukładane. Niemniej jednak dobrze jest spędzić trochę czasu na dostosowaniu aparatu do swoich potrzeb.

Trochę szkoda, że Olympus nie zastosował joysticka do zmiany punktów AF. Mimo że długo fotografuję bezlusterkowcami, to kiedy sięgam po Canona 5D, powrót do joysticka za każdym razem jest miłym doświadczeniem. W praktyce, żeby zmienić punkt AF o jeden, musimy dwukrotnie wcisnąć dany kierunek na nawigatorze — pierwsze wciśnięcie powoduje aktywację zmiany, a dopiero drugie — jego faktyczną zmianę.

Warto wspomnieć o funkcji, która została zastosowana w E-M5 Mark II, E-M10 Mark II i PEN-F, czyli o panelu dotykowym. To rozwiązanie pozwala na zmianę punktów AF, kiedy fotografujemy z wykorzystaniem wizjera. Wtedy funkcja dotykowa głównego ekranu pozostaje aktywna, a punkty AF możemy wybierać, przesuwając palcem po wyświetlaczu. To bardzo wygodne rozwiązanie dla osób, które fotografują, wykorzystując prawe oko. Ja używam lewego, więc automatycznie to mój nos zaczyna zmieniać punkty AF.

Ekran, w porównaniu z poprzednikiem, lepiej oddaje barwy, a w porównaniu z PEN-em F, zdecydowanie lepiej radzi sobie z pomarańczami i czerwieniami. Szkoda, że funkcja dotyku służy głównie do wyboru punktów AF i częściowej obsługi funkcji menu podręcznego, a nie umożliwia pełnej obsługi aparatu, tak, jak ma to miejsce np. w nowym 5D Mark IV.

Wizjer pozostał taki sam jak u poprzednika. To nadal jeden z najlepszych celowników na rynku — jest duży, ma rozdzielczość 2.36 mln punktów, nie smuży, ma dobre odświeżanie, poprawnie pokazuje barwy i ekspozycję. Jego powiększenie to 1.48x, a punkt oczny — 21 mm. Dodatkowo możemy wybrać jeden z trzech stylów wyświetlania informacji. Co ważne, przełączanie między głównym ekranem a wizjerem jest bardzo szybkie i w żaden sposób nie spowalnia pracy.

Menu

W porównaniu z poprzednikami, firma Olympus zdecydowała się na kosmetyczne zmiany w menu. Szkoda, że nadal nie znajdziemy zakładki, w której moglibyśmy umieścić najczęściej używane funkcje, ale menu obecnie wygląda bardziej nowocześnie, a rzadziej używane funkcje są teraz lepiej pogrupowane. W sumie mamy 6 głównych zakładek, z czego menu ustawień własnych złożone jest z aż 20 kart. Jednak przeczesywanie tych najgłębszych ustawień będzie raczej rzadkością, szczególnie przy takiej liczbie przycisków funkcyjnych i menu podręcznemu.

To może być wyświetlone na dwa sposoby - jako układ kafelków lub w postaci dwóch belek - po prawej wyświetlane są dane funkcje, a na dole ich wartość. Ja korzystam z tej drugiej opcji. Tu jednak szkoda, że nie można zrezygnować z animacji wysuwającej wspomniane belki. To pomogłoby jeszcze bardziej przyspieszyć obsługę. W układzie kafelkowym animacji nie znajdziemy, ale ten zasłania niemal cały kadr, przez co mimo wszystko wolę korzystać z układu belek.

Fotografowanie i filmy w praktyce

Tak, jak wspomniałem na początku artykułu, z E-M1 Mark II spędziłem naprawdę dużo czasu. Nie ukrywam również, że na co dzień fotografuję Olympusami, więc tym bardziej dostrzegłem zmiany na plus. Większość testów robiłem za granicą - byłem z nim w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, a testy egzemplarza przedprodukcyjnego robiłem w Niemczech. Takie testy cenię najbardziej, bo sprzęt można sprawdzić w różnych warunkach i dostrzec znacznie więcej jego wad i zalet. Poza tym fotografując przez ostatnie dwa lata modelem E-M1 i ostatnie kilka miesięcy PEN-em F, mam mocny punkt odniesienia.

35 mm, 1/2500 s, f/3.2, ISO 200, -0.7

Wydajność i szybkość

150 mm, 1/4000 s, f/2.8, ISO 200, -0.7

Pierwsze zdjęcie, od włączenia aparatu, zrobimy już po około sekundzie. To bardzo dobry wynik, jak na bezlusterkowca. Nie ma też mowy o zawieszaniu się czy spowalnianiu podczas pracy. To zasługa nowego procesora TruPic VIII, który wykonany jest w 4-rdzeniowej technologii. W praktyce oznacza to po prostu bardzo szybkie działanie. To, co jednak mnie nieco drażniło, to fakt występowania animacji przy włączaniu menu podręcznego, o czym wspomniałem wcześniej. Parametry ekspozycji zmieniane są bez żadnych opóźnień, a każdy skok koła nastaw powoduje zmianę wartości. Migawka mechaniczna pracuje w zakresie 60–1/8000 sekundy, natomiast elektroniczna — nawet do 1/32000 sekundy. Czas synchronizacji z lampami wynosi 1/250 sekundy dla migawki mechanicznej i 1/20 sekundy przy elektronicznej. Migawka pracuje bardzo cicho i miękko, z większą kulturą niż u poprzednika. Wykorzystując migawkę elektroniczną, aparat jest zupełnie bezgłośny, ale fotografując szybko poruszające się obiekty, może wystąpić efekt rolling shutter. Co jednak ciekawe, przy wykorzystaniu trybu Pro Capture, ten efekt właściwie nie występuje.

Warto przyjrzeć się bliżej trybom fotografii seryjnej. Tu E-M1 Mark II ma się czym pochwalić. Wykorzystując migawkę mechaniczną, aparat wykonuje do 15 kl./s (do 10 kl./s z AF-C). Przy migawce elektronicznej prędkość rośnie do 18 kl./s, i to z ciągłym autofokusem i mierzeniem ekspozycji.

Decydując się na stały AF i zablokowaną ekspozycję, aparat wykonuje nawet 60 kl./s — w pełnej rozdzielczości i formacie RAW. Seria trwa około jedną sekundę, a aparat, w zależności od kadru, zapisuje od 55 do 65 zdjęć.

Przy wykorzystaniu trybów 15 i 18 kl./s seria z pełną prędkością utrzymywana jest przez około 85–100 zdjęć, w zależności od kadru, w formacie RAW. To bardzo dobry wynik, choć do Canona 1D-X Mark II czy Nikona D5 trochę brakuje. Co jednak ważne, bufor opróżniany jest około 5–6 sekund, a po tym czasie aparat znów może wykonać tak długą serię. Testy przeprowadzałem przy wykorzystaniu karty Lexar Professional SDHC UHS-II 300MB/s 32 GB.

OM-D E-M1 wyposażony jest w jeszcze jedną, bardzo ciekawą funkcję — Pro Capture. Dzięki niej, w wielu sytuacjach jesteśmy w stanie zrobić zdjęcie „decydującego momentu”. Jakiś czas temu testowałem coś podobnego w Panasoniku Lumix FZ-300, ale tam zasada działania opierała się o film 4K. W topowym Olympusie całość opiera się o RAW-y, więc nie ma mowy o utracie jakości. Aparat przy wykorzystaniu tej funkcji działa z prędkością do 60 kl./s (tryb H) i 18 kl./s (tryb L). Zasada działania jest bajecznie prosta i genialna właśnie w swej prostocie. Po wciśnięciu spustu migawki do połowy aparat zaczyna rejestrować scenę, ale zdjęcia nie są zapisywane na karcie pamięci, a jedynie w buforze aparatu. Kiedy bufor zostaje zapełniony, nowe zdjęcia zastępują te starsze. W momencie, gdy dociskamy spust migawki do końca, aparat zrzuca na kartę pamięci do 14 zdjęć wykonanych przed jego dociśnięciem, zdjęcia z momentu wciskania i po nim. W trybie H cała seria ma 48 zdjęć (RAW), natomiast w trybie L — 77.

Kiedy ten tryb może się przydać? Jego zastosowań jest całe mnóstwo — szczególnie wtedy, kiedy oczekujemy kluczowego momentu, ale nie wiemy, kiedy dokładnie nastąpi. Np. kiedy chcemy sfotografować ptaka podrywającego się do lotu. Tak naprawdę nigdy nie wiemy, czy poderwie się po 2 sekundach, czy po 2 minutach, a robienie zdjęć seryjnych non stop przez kilka minut raczej nie wchodzi w grę.

Podczas testów aparatu w Hiszpanii organizatorzy zaaranżowali scenę, w której łucznik strzelał do balonów. Po ustawieniu kadru trzymałem wciśnięty do połowy spust migawki, a gdy tylko strzała przebiła balony, docisnąłem go do końca, zatrzymując serię. Dzięki temu bez problemu uchwyciłem całą sekwencję przebijania balonów — przy 60 kl./s!

Autofokus

40 mm, 1/3200 s, f/3.2, ISO 200, -1

Firma Olympus w modelu E-M1 po raz pierwszy zastosowała czujniki detekcji fazy. Rzeczywiście, AF w tym modelu nadal działa świetnie, ale czujniki wykorzystywane są jedynie przy stosowaniu ciągłego autofokusu i ze starszymi obiektywami E-systemu. Obecnie układ został mocno rozbudowany. System opiera się o 121 krzyżowych punktów detekcji fazy, które skorelowane są z punktami detekcji kontrastu. Co ważne, konkurencja oferując punkty fazowe, korzysta z punktów liniowych, nie krzyżowych. Punkty umieszczone są na 80 proc. szerokości i 75 proc. wysokości kadru. Dodatkowo detekcja fazy wykorzystywana jest zarówno w trybie AF-S, jak i AF-C. Poprzednik oferował 37 punktów detekcji fazy i 81 punktów detekcji kontrastu. To zdecydowana zmiana na plus. Możemy wykorzystywać jednocześnie wszystkie punkty, wybrać jeden z nich lub grupy 5 i 9-punktowe. Wszystko zależy od naszych potrzeb.

150 mm, 1/2000 s, f/2.8, ISO 400, -0.7

Ustawianie ostrości jest bardzo szybkie i celne, niezależnie od warunków, w których pracujemy. Porównując AF-S z poprzednikiem, nie widać znaczących różnic, szczególnie w dobrych warunkach oświetleniowych. Model E-M1 jest po prostu piekielnie szybki. Największe różnice zobaczymy jednak przy wykorzystaniu ciągłego autofokusu. Aparat, wzorem lustrzanek, podświetla wykorzystywane punkty AF, które śledzą obiekt.

Autofokus jest celny, dobrze dobiera obiekty do śledzenia i utrzymuje na nich ostrość, szczególnie jeśli wykorzystujemy wszystkie punkty AF. Tu Olympus zrobił spory krok do przodu, co tylko potwierdza, że aparaty Mikro Cztery Trzecie mają jedne z najszybszych układów AF na rynku. Teraz można to rozwinąć o ciągły AF, który działa bardzo dobrze.

Aparat oferuje również wiele zaawansowanych ustawień działania autofokusu, w tym limiter z trzema ustawieniami, wykrywanie twarzy z wykrywaniem oka, wspomniany panel dotykowy wyboru punktów AF czy możliwość ograniczenia wyboru konkretnych stref AF. Dobra robota!

Łączność

Aparat, podobnie jak jego poprzednicy, wyposażony jest w Wi-Fi, dzięki któremu możemy połączyć się z aplikacją mobilną Olympus Image Share. Aplikacja jest bardzo prosta i łatwa w sparowaniu aparatu ze smartfonem. To wygodna opcja, jeśli chcemy zdalnie sterować aparatem lub zgrać na telefon zrobione zdjęcia. Myślę jednak, że firma powinna pomyśleć nad udoskonaleniem funkcji bezprzewodowych swoich aparatów. Niestety, podczas fotografowania z użyciem smartfona nie mamy podglądu na ekranie aparatu, a chcąc importować zdjęcia na telefon, musimy je zrobić w formacie JPG, w przeciwnym razie aplikacja ich nie widzi. Oczekiwałbym również połączenia Wi-Fi z aplikacją Olympus Capture, która służy do tetheringu. Te funkcje w E-M1 Mark II niestety jeszcze kuleją, szczególnie w odniesieniu do konkurencji.

Funkcje dodatkowe

Nie sposób nie wspomnieć o innych, ciekawych rozwiązaniach, jakie oferuje Olympus OM-D E-M1 Mark II. Jedną z nich jest tryb Hi-Res, który wykorzystuje wbudowaną stabilizację sensora. Po raz pierwszy został zaprezentowany w modelu E-M5 Mark II. Jego działanie polega na wykonaniu serii 8 fotografii, gdzie przy każdym zdjęciu matryca jest delikatnie przesuwana. Taka sekwencja zdjęć składana jest w 50-megapikselowy plik JPG i 80-megapikselowy plik RAW. Sam korzystałem z tej funkcji wiele razy, przede wszystkim przy sesjach produktowych. Trzeba jednak pamiętać, aby aparat i produkt były zupełnie nieruchome, w przeciwnym razie pojawią się nieestetyczne artefakty. To bardzo ciekawa opcja dla osób, które zajmują się fotografią produktową, szczególnie że mając aparat za 8500 zł, dostajemy możliwość wykonywania 80-megapikselowych RAW-ów.

60 mm, 1/8 s, f/8, ISO 200, 1

Kolejną, ciekawą opcją, jest tryb Live Composite, który znajdziemy również w niższych modelach. Zasada jego działania nie jest zbyt prosta do opisania, ale zrobię co w mojej mocy. Ten tryb przydaje się najbardziej, kiedy malujemy światłem lub czekamy na pokaz fajerwerków. Ustawiamy żądaną ekspozycję — np. f/8, ISO 200, czas 8 sekund. Po zrobieniu zdjęcia bazowego możemy zacząć malowanie światłem lub w spokoju czekać na pokaz fajerwerków. Ekspozycja całego zdjęcia nie jest zmieniana, a zmiany pojawią się dopiero w momencie, gdy w kadrze znajdą się jaśniejsze elementy. Ten tryb wykorzystałem, fotografując samochód z niewielką lampą błyskową. Bazowy czas naświetlania wynosił 8 sekund, ale całe zdjęcie robiłem kilka minut, błyskając w poszczególne elementy karoserii. Cała ekspozycja nie była zmieniana, a dodawane były jedynie jaśniejsze elementy.

Podobnie z pokazem fajerwerków — nie wiedziałem, kiedy dokładnie się zacznie, a zależało mi na uchwyceniu pierwszych strzałów, kiedy niebo nie jest spowite dymem. Ustawiłem aparat, zrobiłem bazową ekspozycję, a następnie czekałem na rozpoczęcie pokazu. Kadr był statyczny, jedynie chmury zostawiły delikatne smugi, ale nie przeszkodziło to w zrobieniu zdjęcia.

Zdjęcie zrobiłem co prawda PEN'em-F, ale zasada działania jest identyczna, i dobrze pokazuje możliwości trybu.

Jedną z najważniejszych funkcji, jakie znajdziemy w E-M1 Mark II, jest stabilizacja obrazu. To 5-osiowy układ stabilizacji sensora, którego wydajność oceniana jest na 5.5 EV lub do 6.5 EV w połączeniu z obiektywem 12–100 mm f/4 IS PRO. Podczas moich licznych podróży to jeden z elementów w aparatach Olympusa, który cenię najbardziej. W momencie wciśnięcia spustu migawki do połowy mamy wrażenie, jakby aparat stawał na statywie — obraz jest niesamowicie stabilny. Testy stabilizacji przeprowadzałem z wykorzystaniem dwóch obiektywów - M. Zuiko Digital 12–40 mm f/2.8 PRO i 12–100 mm f/4 IS PRO. W moim przypadku wyniki nie były aż tak dobre, jak zapewnia producent, ale były im bliskie. Podczas studyjnych testów robiłem serie 5 zdjęć, wydłużając za każdym razem czas naświetlania o 1 działkę. Test uważam za zaliczony, jeśli 3 na 5 zdjęć jest ostrych. W testach studyjnych przy ogniskowej 12 mm (ekw. 24 mm) bez problemu osiągnąłem czas 2.5 sekundy dla obiektywu ze stabilizacją o 1.3 sekundy bez stabilizacji, co daje wynik odpowiednio: 6 i 5 EV. Kiedy fotografowałem w Londynie, na deszczu i wietrze, wyniki były o około 1EV gorsze. Dzięki tak wydajnej stabilizacji, która działa ze wszystkimi obiektywami (nawet manualnymi), bez problemu możemy fotografować po zmierzchu, nawet miasto nocą, bez użycia statywu i ze stosunkowo niskim ISO. Świetna robota!

Zdhcue z ręki, 12 mm, 1/1.25 s, f/4, ISO 400

Filmy

Firma Olympus wreszcie wprowadziła do swojego bezlusterkowca tryb 4K. Wiele osób na to czekało, szczególnie że Sony czy Panasonic oferują tę rozdzielczość już od dawna, i to w znacznie niższych modelach. W E-M1 Mark II funkcja została wprowadzona dość późno, ale z rozmysłem i dopracowaniem.

Model E-M1 Mark II oferuje nagrywanie materiału Cinema 4K (17:9, 4096×2160) z prędkością 24 kl./s, kodowaniem IPB i bitrate ok. 237 Mb/s. Decydując się na rozdzielczość 3840×2160, możemy wykorzystać prędkości 30, 25 i 24 kl./s z kodowaniem IPB i bitrate 102 Mb/s.

Filmy w rozdzielczości Full HD możemy nagrywać z prędkością do 60 kl./s w kodowaniu ALL-Intra i IPB. Do wyboru mamy różne kombinacje kodowania i liczby klatek na sekundę — możliwości jest naprawdę dużo. Chcąc mocniej edytować materiał nagrywany w rozdzielczości Full HD, warto sięgnąć po zapis All-Intra z bitrate 202 Mb/s.

Warto wspomnieć, że Olympus umożliwia włączenie płaskiego profilu kolorystycznego, który obniża kontrast i nasycenie tak, aby lepiej poddawać się postprodukcji. To dobre posunięcie, choć szkoda, że w porównaniu np. do S-Loga w Sony, obraz jest nadal mało surowy.

Stabilizacja, o której pisałem wyżej, działa również przy filmowaniu. Działa naprawdę świetnie, szczególnie jeśli filmujemy z ręki przy użyciu dłuższej ogniskowej. Obraz niemal stoi w miejscu, nie ma mowy o zrywaniu. Możemy wykorzystać zarówno stabilizację samego sensora, jak również połączenie stabilizacji matrycy i przesunięcia elektronicznego. Druga opcja w mojej ocenie jest gorsza, bo momentami obraz ma tendencje do robienia tzw. galaretki. Zresztą efekt ten jest delikatnie widoczny w rogach kadru przy filmowaniu, przy użyciu obiektywu szerokokątnego. Stabilizacja jest czymś, co wyróżnia aparaty Olympus na tle konkurencji, a w codziennym nagrywaniu jest niesamowicie przydatna. Wszystkie nasze pierwsze wrażenia na Photokinie nagrywaliśmy PEN-em F, mimo że w Krzyśka plecaku spoczywał 5D Mark III i Fujifilm X-T2, które są wyższymi modelami. Powodem tego była właśnie stabilizacja, dzięki której nagraliśmy wszystko bez żadnego statywu, a montaż wszystkiego zajmował zaledwie parę chwil. Porównując stabilizację, szczególnie przy filmowaniu, do tej umieszczonej w aparatach Sony, Olympus ma tu znaczną przewagę, a w połączeniu z obiektywem 12–100 mm f/4 IS PRO, to w ogóle inna liga.

Nie zabrakło także wygodnego i dokładnego peakingu, a także sterowania parametrami przy użyciu dotykowego ekranu, aby nie wprowadzać dodatkowych drgań na korpus. Podczas zmiany przysłony przy nagrywaniu nie otwiera i zamyka się skokowo, a płynnie — więc nie ma problemów z migotaniem obrazu. Co ważne, nie mamy też do czynienia z żadnym docinaniem obrazu w rozdzielczości 4K, jak ma to miejsce w nowym Canonie 5D Mark IV.

Warto wspomnieć o złączach — w E-M1 Mark II znajdziemy gniazda minijack — słuchawkowe i mikrofonowe. Dodatkowo producent umieścił czyste złącze HDMI wypuszczające sygnał z próbkowaniem 4:2:2, co ucieszy filmowców używających zewnętrznych rekorderów. To wnosi E-M1 Mark II na wyższy poziom. Filmować możemy we wszystkich trybach PASM, ale niestety, korzystając z programu innego niż M, nie ma możliwości zmiany ISO podczas nagrywania. Dopiero tryb manualny otwiera tę możliwość, ale wtedy musimy sami zadbać również o pozostałe parametry. Dobrze by było, gdyby producent dodał również zebrę.

Autofokus ciągły w filmowaniu działa nieźle, choć czasem zdarza mu się delikatnie rozostrzyć obraz, mimo stabilnej sceny. Podczas nagrywania prostego reportażu nie powinno być to drażniące, ale przy poważniejszych produktach, zdecydowanie lepiej zdać się na ręczne ostrzenie.
Widać, że firma Olympus odrobiła sporą lekcję, a wprowadzone zmiany są naprawdę znaczące i dopracowane.

Jakość zdjęć

Sercem aparatu jest nowa matryca 4/3” Live MOS o rozdzielczości 21.8 megapikseli (efektywne 20,4). Współpracuje w 4-rdzeniowym procesorem TruPic VIII. Pracuje z natywną czułością 200–25 600 z możliwością rozszerzenia w dół do ISO 80 (LOW). Jakość zdjęć jest dobra, nieco lepsza niż u poprzednika. Porównując zdjęcia Color Checkera, przewaga wynosi około 0.5 EV na korzyść nowego aparatu. Pierwszy szum pojawia się przy ISO 800, przy ISO 1600 jest już mocniej widoczny, ale zdjęcia są nadal w pełni używalne, o ile nie zaczniemy ich mocno forsować przy edycji. Przy ISO 3200 zdjęcia nadal wyglądają dobrze, choć tracą na szczegółowości, a w cieniach zaszumienie jest już znacznie większe. ISO 6400 nadal wygląda nieźle, choć nie w powiększeniu do 100 proc. Nie pojawiają się jednak żadne zafarby, choć szczegółowość jest już znacznie niższa. ISO 12 800 bardzo mocno degraduje jakość obrazu i należy korzystać z niej w ostateczności. Czułość ISO 25 600 wprowadza purpurowy zafarb i w mojej ocenie nie jest ona użyteczna. W kwestii jakości obrazu nie widać znaczącej poprawy, choć jakość zdjęć jest naprawdę dobra. Ja, fotografując aparatami Mikro Cztery Trzecie, pracuję najczęściej w zakresie ISO 200–3200.

Olympus OM-D E-M1 kontra Mark II

Różnice w jakości dostrzegalne są od ISO 1600, przy czym nowy aparat wypada nieco lepiej. Nie są to jednak kolosalne różnice, jeśli chodzi o zaszumienie i szczegółowość. Struktura szumu jest bardzo podobna, a zaszumienie większe o około 0.5 EV w E-M1.

Po lewej — E-M1 Mark II, po prawej — E-M1

Co drzemie w plikach RAW?

W celu pokazania, co można wyciągnąć z plików RAW, przygotowałem kilka zdjęć, w których w Adobe Lightroom ustawiłem suwak highlights na -100, a shadows na +100. Pozostałe parametry nie były zmienione. Jak widać, możliwości odzyskiwania szczegółów są na dobrym poziomie, choć w ciemnych partiach, nawet mimo niskiego ISO, pojawia się zaszumienie. Na szczęście pozbawione jest bandingu.

Szumy w praktyce

Zdjęcia przykładowe

Zdjęcia zostały zrobione w formacie RAW, następnie wywołane w Adobe Lightroom CC przy standardowych ustawieniach. Wykorzystane obiektywy — Olympus M. Zuiko Digital 12–40 mm f/2.8 PRO, 40–150 mm f/2.8 PRO, 12–100 mm f/4 ISO PRO.

Ronda

Wrocław — ZOO

Londyn i Wrocław

Wybrane zdjęcia obrobione

Podsumowanie

Co nam się podoba

Podczas długich testów bardzo doceniłem OM-D E-M1 Mark II. To porządny, świetnie zbudowany korpus z ogromem możliwości. Przez 3 lata inżynierowie firmy Olympus zastosowali szereg niewielkich, ale znaczących zmian, które spowodowały, że nowym E-M1 fotografuje się jeszcze lepiej. Największe wrażenie robi szybkość aparatu — wynikiem 15 czy 18 kl./s z ciągłym AF nie mogą pochwalić się nawet topowe modele Canona i Nikona. Do tego mamy funkcję Pro Capture, którą z pewnością docenią fotografowie dzikiej przyrody czyhający na zwierzynę. Autofokus działa rewelacyjnie, zarówno w trybie pojedynczym jak i ciągłym. Firma Olympus zaprezentowała wreszcie naprawdę zaawansowany tryb filmowy 4K, który w połączeniu z rewelacyjną stabilizacją mogą namieszać na rynku, a szczególnie podebrać klientów Panasonikowi. Z kolei fotografowie produktowi docenią tryb HiRes oferujący nawet 80 megapikseli. Nie sposób przejść obojętnie wobec możliwości personalizacji, które są naprawdę potężne.

Co nam się nie podoba

Szkoda, że w nowym E-M1 Mark II nie przemyślano umieszczenia złączy mikrofonu i słuchawek. Podczas fotografowania drażnił mnie wskaźnik baterii, który po rozładowaniu do ok. 20 proc. pokazywał alert rozładowania, nie informując, ile procent pozostało. Szkoda również, że przez ten czas, jakość zdjęć na wysokich czułościach nie jest znacząco lepsza niż u poprzednika, a myślę, że wiele osób tego oczekuje. Do tego, szukając wad, wskazałbym niepotrzebną animację przy włączaniu menu podręcznego, która spowalnia obsługę. Najwyższy czas popracować również nad funkcjami bezprzewodowymi.

Werdykt

Olympus OM-D E-M1 Mark II to świetny aparat dopracowany niemal w każdym calu. Zespół redakcyjny niemal jednogłośnie wskazał go jako najlepszą premierę zaawansowanego aparatu roku 2016. E-M1 Mark II jest przede wszystkim naszpikowany nowymi technologiami i funkcjami, których na próżno szukać u konkurencji, a mogą ułatwić codzienne fotografowanie. Nie ma na rynku drugiego, tak szybkiego aparatu - 60 kl./s w formacie RAW czy 18 kl./s z ciągłym autofokusem i pomiarem światła - to już absolutny top. Tak, jak wspomniałem, z aparatem spędziłem naprawdę dużo czasu i fotografowałem nim w bardzo różnych warunkach i tak naprawdę nigdy nie miałem jakiegoś niedosytu, nie było momentu, kiedy powiedziałem, że czegoś mi w nim brakuje. Tu jednak pozwoliłem sobie na odrobinę subiektywnej opinii, bo przecież nie zajmuję się każdego rodzaju fotografią. E-M1 Mark II na pewno nie będzie low light monsterem, więc ciężko stawiać go w szranki z Sony A7S II czy Nikonem D5, ale to zgoła inne aparaty, które więcej różni, niż łączy. Tak więc szukając aparatu o ponadprzeciętnej szybkości, który nie zrujnuje budżetu, tak jak choćby wspomniany D5, a jakość obrazu na najwyższych czułościach nie jest absolutnie priorytetowa, E-M1 Mark II z pewnością będzie bardzo dobrym wyborem. Sam, jako użytkownik E-M1 i PENa-F, chętnie wymieniłbym ten pierwszy. Polecam!

Zobacz więcej artykułów z serii: Testy bezlusterkowców

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Testy:

Nikon D5600 - test lustrzanki z Wi-Fi i Bluetooth dla entuzjastów fotografii Test Fotoksiążki od Saal Digital Olympus M. Zuiko Digital 12-100 mm f/4 IS PRO - uniwersalny profesjonalista [recenzja] Voigtländer VM 50 mm f/1.1 Nokton - bardzo jasna pięćdziesiątka, która kreuje własną rzeczywistość [test] Lomo'Instant Wide – sensowny współczesny aparat natychmiastowy czy kolejny hipsterski wymysł? Panasonic Lumix G80 jest bliziutko ideału [test] Lexar Workflow, czyli jak sobie poradzić z powodzią zdjęć (test) Stroppa – nowa marka pasków premium. Jak sprawują się w praktyce? Crumpler The Base Park - praktyczny plecak dla cyfrowych nomadów z aparatem Olympus M. Zuiko Digital 25 mm f/1.2 PRO - prawdziwa portretówka [recenzja] Nowoczesny ekosystem fotograficzny Canona. Sprawdzamy, jak działa w praktyce Wkłady Fujifilm instax mini Monochrome to gratka dla sentymentalnego minimalisty Canon EOS 5D Mark IV - test lustrzanki dla profesjonalistów Peak Design Everyday Backpack 30L – codzienny plecak do profesjonalnego użytku [recenzja] Vanguard VEO 235AB - statyw na lekko [test] Nikon D3400 - test lustrzanki dla każdego DJI Mavic Pro - pierwsze wrażenia, zdjęcia i filmy z polskiej premiery „kieszonkowego” drona Karty SD UHS-II kontra UHS-I. Czy warto dopłacić? [test] Thule Covert DSLR Rolltop - plecak fotograficzny dla aktywnych mieszczuchów [test] Olympus OM-D E-M1 Mark II - pierwsze zdjęcia przykładowe Leica S (Typ 007) - królowa średniego formatu w akcji [test] Sigma 50-100 mm F1.8 DC HSM Art. Jasno – jaśniej – Sigma [test] Canon EOS 5D Mark IV - jak sprawuje się w terenie? Oto zdjęcia przykładowe Leica X-U (Typ 113) - subiektywny test podróżniczego all-roundera