Niezwykły chemiczny koktajl, który daje drugie życie starym negatywom

Fotografowie, którym pomieszała się kuchnia z ciemnią. Dodają keczupu i wybielacza do kąpieli z odbitkami. Niszczą, tworzą eksperymentują.

Zobacz 4 zdjęcia

© Matthew Brandt

Nie ma takich akcji w Instagramie, a Hipstamatic jest przy tym nudny. Mowa o starej dobrej ciemni podkręconej chemią, która jest w każdym domu, w lodówce, w szafce pod zlewem czy apteczce. Wybielacz, galaretka, Kret, odświeżacz do powietrza, sos barbecue — prawdziwa chemia fotograficzna, która odmienia negatywy i odbitki. Światłoczuły materiał spryskany albo pomalowany tymi miksturami prosto z marketowej półki odmienia się, żyje nowym kolorowym życiem. Możemy też po prostu dodać keczupu albo Absyntu do wywoływacza, wstrząsnąć i wykąpać w nim odbitkę. Tak rodzi się alchemia fotografii.

Matthew Brandt użył już gotowego chemicznego koktajlu. Cykl "Lakes and Reservoirs" stworzył fotografując zbiorniki wodne. Poza naświetloną klatką z pleneru przynosił do ciemni wodę ze zbiornika wodnego, który fotografował. Powstały niepokojące, toksyczne wręcz radioaktywne krajobrazy.

Peter Hoffman nie zdradza swoich metod. Jego obrazy są pokryte kolorowymi bąblami rozkładającymi nastrojowe krajobrazy sfotografowane na łonie natury.

Matthew Cetta fotograf z Nowego Jorku po wypadku samochodowym wyszedł z szoku pourazowego właśnie, dzięki fotograficznej alchemii. Po traumatycznych przeżyciach dużo gotował i fotografował. Z połączenia tych pasji powstały dziwne kiczowate wielowymiarowe obrazy. Koła samochodów, twarze z plakatów, psychodeliczne krajobrazy. Efekty powstały z dodatkiem np. oliwy, terpentyny, sosów i detergentów…

Holender Rohn Meijer często robi porządki w swoich negatywach — niektóre wyrzuca, innym daje drugie życie. Jego "normalne" zdjęcia to głównie portrety znanych modelek i sesje modowe powstałe przez lata fotograficznych przygód. Odpady z jego kolekcji trafiają do chemicznych zup, których skład jest sekretny. Artysta dzieli się tylko efektami swojej pracy. Porterty ludzi zanurzone w kolorowych sennych chmurach są efektowne i mocne.

Po tej psychodelicznej fotograficznej podróży patrzę na swój smutny komputer i smartfona — narzędzia, które codziennie mi towarzyszą w pracy. Ocieram łezkę wspominając pierwsze fajne chwile z ciemni. Może by tak jakiegoś Krokusa kupić, przeterminowane papiery, chemię, rąbnąć z kuchni Tabasco i się pobawić ze starymi klateczkami… Eh!

Zobacz również: Polska z drona jest nie do poznania

Podziel się:

Przeczytaj także:

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy

Pokaż wszystkie komentarze

Także w kategorii Galerie:

Full Beauty Project. Czy piękno ma rozmiar?