© Marcin Watemborski / Watemborski

Impossible I-1 – czy współczesny Polaroid jest chociaż zbliżony do oryginałów? [test]

Niedawno na rynku pojawił się aparat natychmiastowy firmy Impossible Project. Model I-1 ma być współczesnym Polaroidem, który przywróci życie interesującej technologii. Sprawdziliśmy, czy aparat faktycznie jest zbliżony do oryginału i jak działa w praktyce.

Uwielbiam fotografię natychmiastową. To dla mnie forma spontanicznego wyrazu oraz specyficzna technika fotograficzna. Pracowałem na aparatach Fujifilm instax mini, Fujifilm Instax Wide, Lomo Instant Wide oraz kilku Polaroidach. Moim ukochanym aparatem z wyboru był jednak Polaroid SX-70 – składana lustrzanka natychmiastowa o oryginalnych kształtach i nowatorskich technologiach, jak np. autofokus działający na bazie ultradźwięków.

Napisałem do firmy Impossible Project z prośbą o przesłanie ich nowego aparatu fotograficznego – Impossible I-1. Przypomnijmy — IP oraz Polaroid są teraz w polskich rękach: Sławomir Smołokowski, który posiada w swoim kapitale większościowy udział w firmie Impossible Project, wykupił również firmę Polaroid. Jego syn Oskar jest prezesem IP oraz wielkim miłośnikiem fotografii natychmiastowej.

Byłem niesamowicie ciekawy, jak nowy sprzęt sprawdzi się w praktyce i czy rzeczywiście oddaje ducha dawnej fotografii natychmiastowej.

Wygląd i ergonomia

Opakowanie, które otrzymałem, było naprawdę ładne. Było interesująco zaprojektowane, a w środku znajdował się przykręcony na gwint aparat. Gdy wyciągnąłem bryłę z pudełka, od razu zwróciłem uwagę na miły w dotyku materiał. Tworzywo jest matowe i dobrze trzyma się w rękach – jest bardzo stabilne.

W zestawie znajdował się aparat, instrukcja (brak języka polskiego), pasek nadgarstkowy do aparatu z mocowaniami, ściereczka, kabel do ładowania (bez wtyczki sieciowej) oraz drugi kabel do przesyłu danych. Niestety w instrukcji nie znalazłem informacji do realnego zastosowania drugiego kabla – być może jest on do ewentualnej aktualizacji oprogramowania.

Zobacz również: Jak zrobić obrotową platformę do ciekawych zdjęć poklatkowych?

Z przodu znajduje się obiektyw o ogniskowej 82–109 mm i przysłonie od f/9.7 do f/67. Niestety użytkownik nie ma kontroli nad transfokacją nawet w trybie manualnym, ale o tym później. Dookoła obiektywu znajduje się ledowa lampa błyskowa, połączona ze wskaźnikami pozostałych zdjęć (osobne lampki LED) oraz indykatorem Bluetootha (niebieska dioda LED). Po prawej stronie pierścienia znajduje się przełącznik kompensacji ekspozycji (+/-), a po lewej włącznik lampy błyskowej. Pierścień pełni również rolę osłony przeciwsłonecznej – jest gwintowany w środku.

Na prawej ściance aparatu został umiejscowiony spust migawki oraz trójpozycyjny włącznik. Można go ustawić w pozycjach: włączony (góra), wyłączony (środek), aplikacja mobilna Bluetooth (dół). Skoki są dobrze wyczuwalne, lecz umieszczenie przycisku jest bardzo niefortunne. Uważam, że spust migawki powinien znajdować się pod palcem wskazującym prawej ręki, jak ma to miejsce w modelu Polaroid SX-70 lub aparatach modułowych typu Hasselblad czy Kiev. Ze względu na umiejscowienie przycisku na bocznej prawej ściance dłoń przyjmuje bardzo nienaturalną pozycję, a użytkowanie jest zwyczajnie niewygodne.

Na samej górze urządzenia znajduje się wizjer. O zgrozo. Jest to obok spustu migawki największa wada ergonomiczna I-1. Jest to rozkładany zestaw 2 płytek – jedna z kropką, druga z kółeczkiem. Jeśli chcemy odpowiednio wykadrować zdjęcia, według zaleceń producenta, powinniśmy trzymać oko w odległości ok. 5 centymetrów od pierwszej płytki i wycentrować oba wskaźniki tak, by kropka znalazła się w środku kółka. Niestety, w wizjerze nie została uwzględniona korekta paralaksy (paralaksa to niezgodność, niepokrywanie się obrazu widzianego w wizjerze z obrazem fotograficznym). Kolejnym minusem wizjera jest to, że jest on przyczepiany na magnes i w bardzo łatwy sposób możemy go odczepić i zgubić. Zdecydowanie to rozwiązanie nie zostało dobrze przemyślane.

Dolna część aparatu to miejsce na ładunek ze zdjęciami oraz gniazdo do ładowania aparatu z lampką. Jest on ładowany za pomocą dołączonego kabla ze złączem mikro USB, takim samym jak standardowy kabel do smartfonów. W zestawie zabrakło wtyczki do gniazda sieciowego.

Otwieranie komory na ładunek oraz jego zamontowanie przebiegło bez większego problemu. Po włożeniu kasety automatycznie wysunął się ”dark slide”. Miłym zaskoczeniem było zamontowanie w aparacie tzw. ”frog tongue”. W tym przypadku jest to kawałek zrolowanej folii, która chroni zdjęcie od razu po wysunięciu. Do dawnych Polaroidów można było dokupić takie akcesorium opcjonalnie.
Pod spodem znajdziemy standardowy gwint statywowy.

Wkłady

Impossible I-1 pracuje na wkładach Impossible 600 oraz I-1. Te kasety są pozbawione baterii i zawierają 8 zdjęć. Do testu otrzymałem od firmy wkłady dedykowane do I-1: kolorowe oraz czarno-białe. W ofercie producenta istnieją również ładunki specjalne z różnymi efektami kolorystycznymi. Ich czułość określona jest na ASA 640.

Odnośnie kolorystyki trudno się wypowiedzieć, bo wszystko zależy od typu wkładu, jaki zastosujemy. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że kolor zdjęć z I-1 zupełnie mi nie odpowiada. Liczyłem na bardziej pastelowe, malarskie barwy. Czarnobiel jest delikatnie sprana (efekt ”fade”). Czas wywoływania zdjęć różni się w zależności od ich wersji – kolorowe wywoływały się około 30–40 minut, natomiast czarno-białe zdjęcia były gotowe po około 10 minutach.

Cena pojedynczego wkładu to ok. 80 złotych, co daje nam 10 złotych za zdjęcie. To naprawdę droga zabawa, więc każdy kadr trzeba dokładnie przemyśleć przed naciśnięciem spustu migawki.

Fotografowanie

Zanim jeszcze przyszedł wypożyczony aparat, otrzymałem maila z działu marketingu Impossible Project z szybką instrukcją obsługi, przykładowymi zdjęciami oraz rozległą informacją na temat tego, że najlepsze efekty osiągnę, używając statywu. Jako że nigdy nie miałem swojego statywu i nie lubię się w to bawić, postanowiłem zrobić zdjęcia z ręki, by zobaczyć, jak bardzo wyjdą poruszone. Statywu użyłem tylko w teście aplikacji mobilnej.

Generalnie aparat jest bardzo intuicyjny i działa typowo na zasadzie point-and-shoot. Celujemy aparatem w kierunku tematu naszej fotografii, użeramy się z okropnym wizjerem i wciskamy niewygodny spust migawki. Po upływie odpowiedniego czasu możemy cieszyć się naszym zdjęciem.

Większość zdjęć wyszła bardzo ostra, ostrzejsza niż z Polaroida SX-70 oraz nieporuszona. Aparat pomylił się w liczeniu ekspozycji jedynie 2 na 16 zdjęć, więc wynik ten można uznać za zadowalający… o ile zapomnimy o cenie wkładu. Liczyłem, szczerze mówiąc, na to, że aparat będzie trafiał idealnie za każdym razem – w końcu to nowa technologia i jedyny aparat tego producenta.

Na niektórych zdjęciach pojawiły się artefakty – chemia na fotografiach została niedokładnie rozprowadzona, co skutkowało plamami. To najprawdopodobniej kwestia źle spasowanych rolek przy wylocie aparatu. Po raz kolejny – można na to przymknąć oko, jeśli 10 złotych za zdjęcie nie szarpie nas zbytnio po kieszeni.

Aplikacja mobilna

Apka I-1 Camera jest dostępna zarówno dla systemów iOS oraz Android. Po zainstalowaniu jej na moim smartfonie włączyłem aparat w odpowiednim trybie. Telefon i I-1 sparowały się niemalże od razu bez większych problemów – nie musiałem nawet wybierać w ustawieniach telefonu odpowiedniego urządzenia. To naprawdę wielki plus!

Wizualnie aplikacja jest bardzo prosta. Znajdziemy w niej 8 funkcji. Są to kolejno:

  • zdalne wyzwalanie
  • tryb manualny
  • samowyzwalacz
  • podwójna ekspozycja
  • wyzwalanie dźwiękiem
  • malowanie światłem
  • malowanie kolorem
  • skaner

Zdalne wyzwalanie działa zupełnie bezproblemowo. Po sparowaniu aparatu i włączeniu tej opcji urządzenie załapało natychmiastowo. Nie było żadnego problemu z odległością ani utratą łączności. Tak samo było z samowyzwalaczem, gdzie po prostu ustawiamy czas, po którym ma otworzyć się migawka. Parametry ekspozycji dobierane są automatycznie.

Interesujące jest wyzwalanie za pomocą dźwięku. Po wejściu w tę opcję ustawiamy poziom czułości mikrofonu, po czym ”uzbrajamy” czujnik. Gdy wydamy dźwięk o określonej głośności, aparat wyzwoli migawkę. Może być to klaśnięcie, krzyk, cokolwiek innego.

Tryb manualny to świetna opcja, lecz dlaczego jest ona dostępna dopiero z poziomu aplikacji mobilnej? Według mnie traci to sens, aczkolwiek sprawdziłem, jak działa. Po włączeniu tego trybu wyświetli nam się okienko z podglądem na żywo, w którym jest ramka służąca jako światłomierz (podziałka jest na górze ekranu). Po lewej stronie znajdują się wartości przysłony, natomiast po prawej czasy otwarcia migawki. Na dolnej części ekranu możemy zmienić ustawienia pojedynczej / podwójnej ekspozycji, zakres ostrości oraz ustawienia lampy błyskowej.

Po wykonaniu zdjęcia pojawi się informacja o parametrach ekspozycji i zostanie ona zapisana w dzienniku aktywności, który możemy bez problemu opróżnić. Ta opcja bardzo mi się spodobała, ponieważ pozwala użytkownikowi na zrozumienie algorytmów aparatu i jego funkcjonowania pod warunkiem, że zapamiętamy, które zdjęcie wykonaliśmy jako pierwsze, a które jako kolejne. Same odbitki wychodzące z aparatu nie są numerowane.

Niestety, ze względu na to, że zabrakło mi wkładów do testu, nie udało mi się sprawdzić, na czym polega malowanie kolorem ani jak działa podwójna ekspozycja. Malowanie światłem natomiast to tylko kwestia ustawienia czasu otwarcia migawki. Wpisujemy go ręcznie w odpowiednim trybie aparatu. Nie jest to nic odkrywczego.

Ostatnia funkcja, czyli skaner, to już inna bajka. Po wejściu w ten tryb otwiera nam się funkcja fotografowania. Robimy zdjęcie smartfonem naszej odbitce. Kiedy jesteśmy zadowoleni z efektu, przechodzimy dalej. Dzięki 4 wskaźnikom możemy zaznaczyć rogi zdjęcia i zatwierdzić wybór. Odbitka zostanie zdigitalizowana oraz wyprostowana automatycznie przez algorytm aplikacji. Jakość ”skanu” zależy od tego, jak dobrą jakość zdjęć oferuje nasz smartfon. Jedynym minusem jest to, że aplikacja nie redukuje odblasków w oryginalnym zdjęciu. Jak widzicie, odbijam się z telefonem w końcowym skanie.

Aplikacja mobilna jest bardzo intuicyjna i działa bardzo dobrze. Podczas korzystania z niej nie miałem żadnych problemów, a pomiar światła telefonem działał naprawdę dobrze. Uważam, że jest to rzecz, która udała się w Impossible I-1.

Z drugiej strony myślę, że jest to pewnego rodzaju ”bajer” i te funkcje mogłyby być wbudowane po prostu w korpus aparatu, jak dzieje się w przypadku Lomo Instant Wide, gdzie do zestawu dostajemy pilota z możliwością wyzwalania na odległość.

Podsumowanie

Impossible I-1 to na pewno ładna zabawka. I zabawka jest tutaj dobrym określeniem. Nie znajduję zastosowania dla tego aparatu w fotografii artystycznej ani komercyjnej. Zabrakło mi opcji podłączenia zewnętrznej lampy błyskowej, by móc traktować ten sprzęt jako coś z potencjałem zarobkowym.

Estetyka zdjęć nie zachwyca i rozczarowałem się, patrząc na fotografie, które kolorystyką przypominają współczesną generację wkładów Fujifilm. Kolory były praktycznie doskonałe, dobrze nasycone, co w przypadku oczekiwanej ”malarskości” Polaroida nie jest zaletą. Chciałem zobaczyć sprane barwy i mieć to odczucie używania sprzętu retro – choćby na końcowym obrazie, tymczasem dostałem drogiego Instaxa. Zdecydowanie za drogiego.

Cena Impossible I-1 zaczyna się od około 1200 złotych, a wkłady kosztują około 80 złotych za 8 zdjęć. Moje oczekiwania względem tego aparatu były znacznie większe. Jako miłośnik fotografii natychmiastowej jestem szczerze rozczarowany tym urządzeniem i uważam, że jak na taką zabawkę jest zdecydowanie za drogie.

Jeśli miałbym wybór między I-1 a Lomo Instant Wide – wybrałbym ten drugi aparat. A szczytem szczęścia byłby Fujifilm Instax Wide, z możliwością podłączenia zewnętrznej lampy błyskowej oraz wyłączenia wbudowanego błysku.

Podziel się:

Przeczytaj także:

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy

Pokaż wszystkie komentarze

Także w kategorii Testy:

2 miesiące z Fujifilm X100F. Zabrałem go do Chin i pokochałem [test] Trzydzieści pięć milimetrów najlepszej klasyki dla bezlusterkowców - Zeiss Biogon ZM 35 mm f/2 Panasonic Lumix GH5 - Mikro Cztery Trzecie z profesjonalnym zacięciem [test] Torba Cosyspeed Camslinger 160, czyli Wyatt Earp się kłania! (test) Instax Square SQ10 - byliśmy na imprezie Instaxa. Oto nasze pierwsze wrażenia Sony FE 16-35 mm f/2.8 GM oraz Sony FE 12-24 mm f/4 G - zdjęcia przykładowe wykonane A9 i pierwsze wrażenia Eizo CG2420 - świetne parametry i rewelacyjne wyniki [test] Panasonic Lumix FZ82 – jak Legoland długi i szeroki [test] Canon EOS 77D - zaawansowana lustrzanka dla pasjonatów [test] Torba i plecak Benro Cool Walker - pojemnosć i wygoda w przystępnej cenie [test] Tamron SP 70-200 mm f/2.8 Di VC USD G2 – obiecanki, wcale nie cacanki! [test] Panasonic Lumix GH5 - pierwsze zdjęcia przykładowe Sony A9 - pierwsze zdjęcia z profesjonalnego bezlusterkowca, który ma prędkość aż 20 kl./s Niewielki może bardzo dużo! Voigtländer Nokton 50 mm f/1,5 Philips Brilliance 275P - fotograficzne 27 cali w rozdzielczości 5K [test] Sony A9 - pierwsze wrażenia po premierze. Czy bezlusterkowiec dorówna profesjonalnym lustrzankom? Samsung Galaxy S8, S7 oraz iPhone 7. Który robi lepsze zdjęcia? Panasonic Lumix GX800 - Mikro Cztery Trzecie w pełnym tego słowa znaczeniu [test] Fujifilm instax mini 9 w naszych rękach. Sprawdzamy nowinki Tak działa Photler - polski serwis do tworzenia stron dla fotografów [recenzja] QNAP TVS-882ST - test profesjonalnego, wydajnego urządzenia NAS dla fotografów i filmowców House of Retouching o Wacom Intuos Pro Panasonic Lumix DMC-GH5 – test trybu filmowego Sigma 8-16 mm f/4.5-5.6 DC HSM - stare, ale jare i rekordowo szerokie szkło APS-C [test]

Popularne w tym tygodniu:

Wideotest nowych akcesoriów firmy Peak Design, która uzbierała już ponad 15 mln dolarów na Kickstarterze Olympus OM-D E-M10 Mark III - test nowego bezlusterkowca dla amatorów Zabrałem Fujifilm X-E3 w podróż po Europie. Mój subiektywny i praktyczny test