Afera blogerka Segritta kontra Nikon Polska - 3 słowa od blogera fotografa

© Segritta
© Segritta
Krzysztof Basel

13.12.2012 16:09, aktual.: 26.07.2022 20:22

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Od wczoraj w mediach internetowych króluje temat blogerki Segritty, oszukanej rzekomo przez agencję pracującą dla Nikon Polska. Niestety, w tej kryzysowej sytuacji obie strony mają sobie coś do zarzucenia i obie na tym tracą. Ale zacznijmy od początku...

Od wczoraj w mediach internetowych króluje temat blogerki Segritty, oszukanej rzekomo przez agencję pracującą dla Nikon Polska. Niestety, w tej kryzysowej sytuacji obie strony mają sobie coś do zarzucenia i obie na tym tracą. Ale zacznijmy od początku...

 Chcieli dobrze, wyszło jak zwykle

W dużym skrócie historia sporu Segritty i Nikona jest następująca. 3 października blogerce zepsuł się leciwy Nikon D70, o czym nie omieszkała podzielić się znajomymi na Facebooku. Zażartowała, że jeśli wrzuci post na tablicę, to może przyjdzie do niej kurier z nowym aparatem. Żart trafny, bo wielu blogerów tak obecnie robi i czasami rzeczywiście nadgorliwe firmy PR wysyłają im różne "gratisy".

Znajomi, niestety, opacznie zrozumieli żart i od razu zaczęli pisać w tej sprawie do ludzi z profilu Nikon Polska. Nie minęło 5 minut, a odezwał się przedstawiciel agencji pracującej dla korporacji i zaoferował darmową naprawę sprzętu. Po kilku dniach w domu Segritty pojawił się kurier, tyle że nic nie przyniósł, tylko zabrał paczkę do serwisu Nikona. Blogerka twierdzi, że później nikt z nią już nie rozmawiał pomimo wielu prób kontaktu z jej strony. Kolejny etap historii to odpowiedź od serwisu:

18 października
. W końcu dostałam list. Taki papierowy, z kosztorysem naprawy. Jeśli zgodzę się na jej koszt, aparat zostanie naprawiony i odesłany mi po uiszczeniu kosztów przesyłki. Ewidentna pomyłka, pomyślałam. No przecież to trochę inny przypadek jest, ale co tam – pewnie tak wygląda zwykła procedura w serwisie. Co ciekawe – naprawa aparatu, który w tej chwili można kupić za 500 zł, kosztowałaby mnie niecałe 1300 zł. ;)

Co zrobiłam? Oczywiście znów próbowałam się skontaktować z człowiekiem odpowiedzialnym za całą akcję, pytając o terminy. Wciąż jednak moje próby kontaktu pozostawały bez odpowiedzi. Jest ciekawie? Zaraz będzie ciekawiej ;)

Miesiąc później Segritta napisała do innej osoby z agencji, próbując wyjaśnić sprawę. Obiecali się skontaktować, ale nic z tego. Serwis domagał się decyzji.

3 grudnia
. W zeszłym tygodniu dostałam ponownie kosztorys naprawy z ponaglającą informacją, że jeśli nie zgodzę się na te koszta, aparat zostanie mi odesłany bez naprawy. Nie za bardzo wiedziałam, co robić. W końcu napisałam maila do agencji, że czekam na informację zwrotną do wtorku. Starałam się być stanowcza, bo może to właśnie stanowczości ode mnie wymagali, żeby wreszcie mi odpowiedzieć…? Miałam rację. To pomogło, ale to, co usłyszałam, przerosło moją wyobraźnię.

Po postawieniu sprawy na ostrzu noża wszystko potoczyło się błyskawicznie.

10 grudnia. 
Tadam!! Wreszcie!!! Udało się! Ktoś do mnie zadzwonił! Po ponad dwóch miesiącach czekania, fotografowania tosterem, dopraszania się o telefon jak zdesperowana kobieta, która patrzy tęsknie w wyświetlacz telefonu, licząc, że on się jeszcze odezwie, że będzie jak dawniej, że przeprosi i wynagrodzi to cierpienie i tęsknotę… No i zadzwonił!
  • Halo? – odbieram uradowana.
  • Bla bla bla, nie opłacimy naprawy aparatu, bla bla, promocja tego modelu i tak nie jest w interesie Nikona, bla bla, no niestety…. ale możemy ci zaoferować poradę w zakresie kupna nowego apartu! Bla bla.

Oto finał. Głupio to wygląda, prawda?

3 słowa od blogera fotografa

Zakładając, że rzeczywiście tak było, warto wyjaśnić kilka faktów. A w zasadzie wypunktować najważniejsze błędy całej sprawy.

Po pierwsze Nikon Polska i pracująca dla niego agencja koszmarnie nawalili. Trzeba być konsekwentnym: jeśli mówi się A, to i B. Jeśli propozycja darmowej naprawy 7-8-letniego grata była błędem, to trzeba było wziąć winę na siebie i ewentualnie wyciągnąć konsekwencje od konkretnej osoby, a nie przetrzymywać sprzęt przez 2 miesiące bez znaku życia. Obietnica to obietnica. Równie dobrze sprawę można było rozwiązać po kilku dniach, przyznając się do winy, odsyłając sprzęt i dodając jakiś ciekawy gadżet firmowy. Wyszło, jak wyszło. Dziecinada na całego. Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdybym pożyczył do testów aparat od Nikona i nie odzywał się przez kolejne 2 miesiące, po tym jak obiecałem go oddać po 2 tygodniach.

Rachunek z serwisu Nikon Polska © Segritta
Rachunek z serwisu Nikon Polska © Segritta

Zachowanie agencji pozostawia wiele do życzenia, ale prawdziwy test dopiero przed nimi. To sytuacja kryzysowa, która rozprzestrzenia się w mediach społecznościowych z prędkością choroby, zarażając tablice kolejnych facebookowiczów. Nikon Polska już kiedyś się nie popisał przy o wiele poważniejszym pożarze wizerunkowym. W maju 2010 roku wszystko zaczęło się od masowych skarg na działanie serwisu Nikona w Polsce. Internetowa społeczność klientów firmy Nikon zrzeszona na stronie Polish Nikon Service oficjalnie apelowała do polskiego przedstawiciela firmy Nikon, domagając się poprawy jakości wykonywanych usług naprawczych. Po latach przyjaźni ze swoimi klientami Nikon wytoczył działa, zakazując między innymi korzystania z nazwy marki Nikon w domenie i nazwie strony. Przedstawiciele Nikona nie komentują sprawy - nie chcą dolewać oliwy do ognia. Może to i dobrze, bo po wydaniu komentarza przez blogi przewaliłaby się pewnie kolejna seria przeróżnych dziwnych komentarzy.

[solr id="fotoblogia-pl-61843" excerpt="0" image="0" words="20" _url="http://fotoblogia.pl/1966,matryca-w-nikonie-d600-brudzi-sie-szybciej-niz-mi-sie-wydawalo" _mphoto="nikon-d600-studio02-6127-76fdbd7.jpg"][/solr][block src="solr" position="inside"]2446[/block]

Po drugie, Segritta wysnuwa roszczenia w kierunku Nikon Polska, dla którego pracuje tajemnicza agencja PR. Problem w tym, że włodarze Nikona mogli nawet nie wiedzieć o tym przedziwnym wydarzeniu. Nie zdziwiłbym się, gdyby Nikon dowiedział się o sprawie, dopiero gdy napisały o niej media.

Tak wygląda leciwy Nikon D70, czyli przedmiot sporu © David Wright / Flickr
Tak wygląda leciwy Nikon D70, czyli przedmiot sporu © David Wright / Flickr

Po trzecie, wiele osób zarzuca blogerce, że chce zwrócić na siebie uwagę, a nawet wyłudzić nowy sprzęt od Nikona. Nie zapędzałbym się aż tak bardzo z krytyczną oceną, jednak coś w tym wszystkim niestety jest. Na co dzień współpracuję z wieloma agencjami i jestem przekonany, że ta wielka afera to po prostu nieporozumienie, które można było rozwiązać bez konieczności informowania całego świata o tym, jaki to Nikon jest niby beznadziejny. A tak dzięki wczorajszemu artykułowi blog Sergitty z pewnością otrzymał potężną dawkę ruchu, a jego adres i link pojawiły się w wielu różnych serwisach.

Krótko mówiąc – sytuacja nieciekawa, której nie zazdroszczę, bo sam kiedyś zmagałem się z serwisem Nikona, czekając na naprawę mojego D70s aż 6 miesięcy. Można ją było jednak rozwiązać inaczej, być może z większą korzyścią dla blogerki i przede wszystkim bez dmuchania w wielki balonik z napisem „Jestem Waszą EX”. Tymczasem finał jest taki, że Segritta naraziła się na krytykę, Nikon został potępiony za niedbanie o klientów, a najbardziej chyba ucierpiał wizerunek blogerów, którym to już zupełnie się w głowach poprzewracało. Ja czuję tylko niesmak.

Źródło artykułu:WP Fotoblogia
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)