Frymografia: co było do udowodnienia

Frymografia: co było do udowodnienia

Frymografia: co było do udowodnienia
Źródło zdjęć: © © Gerald Howson / Lublin, lata 50.
Bogdan Frymorgen
06.06.2014 15:46, aktualizacja: 26.07.2022 19:56

Nazywał się Gerald Howson. W kwietniu 1959 roku przybył z Londynu do Lublina. Równie dobrze mógł spaść z Księżyca albo z bardziej odległej galaktyki. Ten niepozorny, nie mówiący po polsku Brytyjczyk znalazł się w samym środku renesansowego miasta, które wedle komunistycznego jadłospisu pożerała PRL-owska rzeczywistość. Howson chciał zasmakować tego ciasta. Nie miał zastrzeżeń do receptury. Jak mawiał, interesowało go wszystko, co nieangielskie. Było to w zasadzie jedyne kryterium jego fotograficznych polowań. Przypuszczam, że w Lublinie AD 1959 nieangielskości było pod dostatkiem.

Gerald przywiózł ze sobą z Londynu dwie lejki i przenośną ciemnię. W dzień robił zdjęcia, nocą wywoływał filmy. Chciał wiedzieć natychmiast, czy to, co widział na własne oczy, utrwaliło się na kliszy. Czy aby wiejskie baby na starym mieście faktycznie sprzedawały mleko z aluminiowych baniek? Czy targ na Czwartku był jawą, a może snem? Przecież sam widział muzułmanki w hidżabach... przed lubelską katedrą.... I kobiety żebrzące jak w starej Jerozolimie. Lata spędzone na Bliskim Wschodzie odbiły na wrażliwości Howsona własną pieczątkę.

Obraz
© © Bogdan Frymorgen / RMF FM

Tamtej wiosny Brytyjczyk odwiedził Kraków, Auschwitz, Warszawę i Lublin. Jednak po powrocie nad Tamizę z różnych powodów, o których nie będę tu pisał, włożył zdjęcia do szuflady i zamknął na kluczyk. Tak przeleżały 50 lat. Fantastycznym zbiegiem okoliczności dane mi było odkryć to archiwum. Od tego czasu popularyzuję prace Howsona w Polsce. Dzięki gościnności ośrodka Brama Grodzka jego zdjęcia można było obejrzeć w Lublinie pół wieku po tym, jak przemykał się łukiem ulicy Jezuickiej w kierunku pożydowskiego Podzamcza.

Ale nie o zdjęciach chcę dzisiaj pisać, tylko o samym Lublinie. Pół wieku po Howsonie sam częściej zacząłem odwiedzać to miasto. Wprawdzie nie taki kosmita jak on, ale wciąż człowiek z zewnątrz - plastikowy Brytyjczyk z dwoma z dwoma paszportami - brytyjskim i polskim. Banita z własnej woli, który wkładał dorosłe buty poza granicami kraju. U takiego "zdrajcy" też zmienia się optyka. Pamiętam mój pierwszy spacer ulicą Grodzką. To domy obok mnie maszerowały, bo nie pamiętam wokół siebie ludzi. Było pusto. Łuszczący się makijaż kamienic nadawał Lublinowi większy majestat. Wszystko było jak znalazł: czarno-białe. Nawet nie musiałem w głowie filtrować koloru.

Obraz
© © Bogdan Frymorgen / RMF FM

Wówczas nie znałem jeszcze Geralda. Pierwsze spotkanie pisane nam było dopiero 20 lat później. Ale już wtedy czułem, że Lublin zachwyca nie dlatego, że wytwornie wpisuje się w poczet europejskich pereł, lecz dlatego, że jest inny. Podobała mi się ta pusta przestrzeń w samym środku miasta. Powinno przecież tętnić życiem! W roku 1990 wydawała się bardziej śpiąca niż w kadrach Howsona. Może takie to były czasy, a może już wtedy nieświadomie usypiałem Lublin własnym obiektywem. Mam do tego skłonność. Uśpiłem w ten sposób wiele miejsc na świecie i nigdy, przenigdy ich nie obudzę.

Gerald Howson
Gerald Howson© © Bogdan Frymorgen / RMF FM

W rzeczywistości miasta nie śpią. Mrużą jedynie powieki. W gruncie rzeczy zawierają ugodę z kalendarzem i tkwią niezmiennie w czasoprzestrzeni. Tylko my przemijamy obok. Może dlatego z aparatem przy oku negocjuję z miastem własną relację. Ja ukażę go w starych szatach, bez szyldów restauracji i samochodów, a ono w zamian daje mi złudzenie, że mój biologiczny czas na moment się zatrzymał. To dobry układ. Nikt na nim nie traci. W moich albumach rośnie kolekcja nieśmiertelnych fotek, a ja bez względu na geograficzną szerokość wkraczam z przymrużonym okiem w lokalną historię. Z Lublinem jest podobnie. Jest kolorowy i kusi życiem. Wyciągam jednak rękę wyłącznie po kamień. On się od nas starzeje znacznie wolniej.

Gerald Howson
Gerald Howson© © Bogdan Frymorgen / RMF FM

Moja ostatnia wizyta w Lublinie była ponownym lądowaniem na Księżycu. Nie byłem jednak Nielem Armstrongiem. Ten pierwszy ślad na Srebrnym Globie odcisnął już w moim życiu Gerald Howson. Podążałem jego tropem, niczym uczeń szukający potwierdzenia, że to my przegrywamy, a miasto zwycięża. Od lat przyjaźnię się z Geraldem. Dziś to już 89-letni staruszek. Gdy robił swoje zdjęcia, był o ponad pół wieku młodszy. Jego kadry niewiele różnią się od moich. Lublin w zasadzie przypudrował nos, a mój angielski kolega ma dziś głębokie bruzdy na czole. Ja też od czasu mojej pierwszej tu wizyty szybciej się meczę i bardziej irytuję. Lublin się śmieje, ja się starzeję. Piękne jest to równanie, co dano nam do udowodnienia.

Źródło artykułu:WP Fotoblogia
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (0)