Kiedy lata temu pochylałem się nad moim synem z aparatem przy oku, nie zdawałem sobie sprawy, że stawiam ważny krok w mojej fotografii. Chłopak siedział na plaży. Miał mokre plecy i właśnie podniósł się z gorącego piasku, a wraz z nim tysiące brylancików skrzących się w strugach zachodzącego słońca. Nie chciałem zrobić rodzinnego zdjęcia. To pamiętam doskonale. Pochyliłem się jeszcze bardziej, by pozbawić kadr zbędnych rekwizytów. Chciałem jedynie widzieć chłopca, chmury i skrzywiony delikatnie horyzont morza.
Wszystko to trwało sekundę, ale podświadomie przed oczami musiały mi przemaszerować muzea odwiedzone w przeszłości. Gigantyczne marmurowe posągi i renesansowe malowidła podziwiane w galeriach. Przede mną siedział na piasku mój kilkuletni syn, ale w wyobraźni widziałem olbrzymiego greckiego boga, karcącego wzrokiem ludzką wścibskość. Gdy syn się odwrócił, by sprawdzić, co robię, pstryknąłem. Potem raz jeszcze, dla pewności. Bezruch i brak oddechu dały o sobie znać. Padłem na piasek wykończony, ale czułem, że złapałem w sidła coś niezwykłego. Efekt tego polowania zobaczyłem dopiero w ciemni.
Gdy wiele lat później gigantyczne zdjęcia Adama na billboardach witały melomanów na festiwalu muzyki dawnej w Gdańsku, wróciłem na moment do tej chwili na plaży. Zrozumiałem, że mój syn już wówczas siedział na Dworze Artusa, a wokół rozbrzmiewała muzyka Wariacji Goldbergowskich. Ja tego nie słyszałem, ale jakimś niezgłębionym do końca cudem... czułem to każdym calem swego ciała i widziałem tym drugim, zmrużonym okiem. To jedna z tajemnic, dla których warto poświecić się fotografii.