Jack Kurtz znalazł się na Filipinach 20 stycznia. Miał zrobić zdjęcia erupcji wulkanu Mayon dla ZUMA Press. Przez pięć dni fotografował charakterystyczne sytuacje, jak ludzi w centrach ewakuacji. Postanowił też zrobić zdjęcia dla siebie. To była zdecydowanie dobra decyzja.
Fotograf postanowił pewnego ranka wybrać się w okolice kościoła, oddalonego o kilka kilometrów od wulkanu. Chciał zrobić spokojne zdjęcie wschodu słońca, ale zupełnie nie spodziewał się takiej sceny. Wulkan był spokojny przez cały dzień i nie wiedział, czy wybuchnie, czy też nie. Oprócz tego widoczność była pogorszona przez chmury, które praktycznie zniknęły, gdy Kurtz był przy kościele.
W pewnej chwili znad wulkanu zaczęły unosić się kłęby dymu, które zapowiadały erupcję. Jack rozstawił statyw, by zrobić zdjęcia testowe. - Wszystko było gotowe, więc siedziałem i czekałem - wyznaje fotograf. Nagle przed jego oczami pojawiła się para nowożeńców, która wychodziła z pobliskiej restauracji. W tej samej chwili doszło do wybuchu wulkanu. Gdyby Kurtz nie wykorzystał tego zbiegu okoliczności, na pewno długo by żałował.
Fotograf poderwał się ze swojego miejsca i pobiegł w kierunku restauracji, para pozwoliła mu na wykonanie zdjęć, a on zaczął robić to, co potrafi najlepiej – poddał się szałowi fotografowania. Efektem jest fantastyczne, romantyczne zdjęcie na tle wulkanu. Zazdroszczę szczerze tej parze takiej pamiątki, a fotografowi wspaniałego obrazu.
Więcej zdjęć znajdziecie na Instagramie.