Oceniając wygodę obsługi tego zooma nie mogę się do niczego przyczepić. Oczywiście, wolałbym ponarzekać na brak skali odległości, ale przypominam sobie cenę obiektywu… Pierścień ostrości obraca się z bezpłciowym oporem, ale jednak z oporem. Nie jest to absolutny luz jak najprostszych zoomach. Za to pierścień zooma prezentuje znacznie wyższy komfort obsługi. Niby czuć, że w środku plastik na plastiku i plastikiem pogania. Ale też opór przy obrocie jest nieduży, płynny i równiutki w całym zakresie ogniskowych. Nie ma najmniejszych problemów z precyzyjną, drobną korektą kąta widzenia. Przyznać jednak muszę, że uzyskanie tego wszystkiego nie było skomplikowanym zadaniem. To przecież zoom o krotności zaledwie 1,8. Dzięki temu przedni człon porusza się osiowo w zakresie zaledwie czterech milimetrów. Ciut wysuwa się dla skrajnych ogniskowych, a chowa najgłębiej w obudowie przy 14 mm.
Stabilizacja obiektywu ma oficjalnie skuteczność 4 działek czasu. W moim teście wartość ta praktycznie potwierdziła się. Praktycznie, gdyż owe cztery działki stabilizacja zapewniała przy tych rozsądnych czasach naświetlania. Gdy przy ogniskowej 18 mm próbowałem z ręki naświetlać 1 s, czy 2 s, system Image Stabilization teoretycznie nie miał szans uzyskać sensowych rezultatów. Ale i tak „produkował” skuteczność 3 działek. Wynik całkiem do rzeczy. Te jedno- i dwusekundowe ekspozycje brzmią trochę od rzeczy, ale i takich trzeba użyć przy krótkich ogniskowych i procedurze testowej wymagającej przekroczenia zasady odwrotności ogniskowej o 6 działek. Jedna ważna uwaga: testowym korpusem był EOS 200D. To lekki aparat, a do tego dość mocno trzepiący lustrem i dający wyjątkowo dużo poruszonych zdjęć, gdy bez stabilizacji fotografowałem pozornie „bezpiecznymi” czasami. Stąd jeśli chcemy go kupić, zadbajmy też o stabilizowaną optykę.
Teraz najważniejsze: zdjęcia jak wysokiej jakości da się wyciągnąć z zooma o tak niskiej cenie? Czy zachwyty mojego znajomego są w pełni uzasadnione, czy może nie całkiem? Gorszego scenariusza nie przewidywałem i tu nie byłem w błędzie. Ale co do zachwytów…
Tych nie potwierdzam, ale ogólnie rzecz biorąc, nie jest źle. Pierwsza ważna sprawa: szczegółowość obrazu przy otwartej przysłonie nie woła o pomstę do nieba. A to istotna różnica na plus w stosunku do części tanich zoomów szerokokątnych. Nie to, żeby od razu rewelacja, o nie!, ale z pełnej dziury da się korzystać. Zwłaszcza przy dłuższych ogniskowych. Przy krótkich i średnich już mniej, ale tu „bolą” tylko najbliższe okolice rogów klatki. Wolałbym, by przymykanie przysłony mocniej pomagało, ale na to nie bardzo możemy liczyć. Jest lepiej, dla całego zakresu ogniskowych i dla całej powierzchni kadru widać poprawę sytuacji, ale tylko nieznaczną. Jednak jest jeden stały parametr: przysłona f/8, przy której uzyskujemy maksimum szczegółowości dla każdej ogniskowej i w każdym punkcie kadru. Działka mocniej, czyli f/11 już skutkuje „dyfrakcyjnym” spadkiem rozdzielczości. Niedużym i zdecydowanie do przełknięcia jeśli trzeba powiększyć głębię ostrości.
Dystorsja to wyłącznie wyraźna „beczka” w dole zooma, słabnąca wraz z wydłużaniem ogniskowej aż do zera przy 18 mm. W miarę sensownie likwidowała ją funkcja korekcji wbudowana w testowego EOSa 200D.
Równie widoczne jest winietowanie. Ono nie ogranicza obszaru swego występowania do krótkich ogniskowych, a rozciąga się na cały ich zakres. I przy otwartej przysłonie jest silne – może nie bardzo, ale jednak. Choć trochę oszukuję pisząc, że winietowanie jest dobrze widoczne. Widać je wyraźnie, gdy porównamy zdjęcia wykonane przy przysłonie otwartej i przymkniętej o działkę albo dwie. Ale patrząc na wiele zdjęć wykonanych pełną dziurą, ściemnienie peryferii kadru wręcz może umknąć obserwacji. To stąd, że winietowanie jest bardzo łagodne, czyli spadek jasności obrazu w kierunku naroży klatki odbywa się płynnie.
Przysłona f/8 znowu okazuje się złotym środkiem - tym razem w klasycznej metodzie usuwania winietowania. Metoda nieklasyczna, to korekcja wbudowana w canonowskie lustrzanki. Jest ona równie skuteczna.
Owo cyfrowe poprawianie obrazu jest jedyną metodą pozbycia się bocznej aberracji chromatycznej. Występuje ona w sporej dawce w całym zakresie ogniskowych i przysłon. Korekcja EOSa 200D działała skutecznie i bezśladowo.
Co tam jeszcze może przeszkadzać? Bliki przy zdjęciach pod ostre światło. Jednak pod tym względem EF-S 10-18 mm pracuje dość specyficznie. Niestraszne mu boczne światło spoza kadru, nie boi się też sytuacji gdy słońce umieścimy w rogu klatki. Natomiast bardzo nie lubi, gdy świeci mu ono prosto w mordkę. O, wówczas potrafi stworzyć jeden, a gdy jest bardzo niezadowolony, to i kilka wyraźnych blików. Jednak stosunkowo łatwo temu problemowi zaradzić. Może nie zawsze całkowicie, ale często w znacznym stopniu. Wystarczy nieznaczna zmiana kierunku fotografowania.
Na koniec dorzucam galerię z kilkoma zdjęciami wykonanymi podczas testu. Jeśli nie napisałem inaczej, wszystko to JPEGi prosto z aparatu, wykonane przy czułości ISO 100, bez korekcji wad optycznych.
Rewelacji jakościowej więc nie ma, lecz rewelacja w konkurencji value for money jak najbardziej tak. Canonowi udało się zaprojektować i wyprodukować tani, całkiem przyzwoity zoom UWA i chwała mu za to. Na początku artykułu wspomniałem o dwóch zastosowaniach takiego szkła: do zdjęć wnętrz i krajobrazów. Jest jeszcze jedno, trochę pokrewne. Mam na myśli uzupełnianie od dołu podróżniczo-spacerowych superzoomów. One niemal zawsze zaczynają się od 18 mm, co w przypadku Canona oznacza niezbyt szerokie „małoobrazkowe” 29 mm. Na górską wycieczkę może wystarczy, ale gdy wpadniemy do jakiegoś miasta i zacznie się fotografowanie architektury… no właśnie. Jeśli komuś potrzebna wyższa jasność, wspomoże się którymś z Samyangów: 10 mm f/2.8, czy – mniej prawdopodobne – pełnoklatkowym 14 mm f/2.8. Jednak to obiektywy droższe, większe i cięższe. Ja bym brał tego 10-18…
- cena
- rozsądna jakoś obrazu
- cichutki, szybki autofokus
- szczegółowość obrazu w rogach zdjęć w dole zooma
Ostatnio na blogu opublikowałem także: