The Snap Shots: Wspominając nasze fotograficzne początki zawsze myślimy, że kierowało nami przeznaczenie. Poznaliśmy się kilkanaście lat temu - wtedy żadne z nas nie zajmowało się fotografią, ani nie przejawiało zdolności w tym kierunku.
Pewnego dnia podczas rozmowy wyszło na jaw, że coś od zawsze ciągnęło nas w stronę fotografii. Zaczynaliśmy na starym Zenicie i wszystkie pieniądze wydawaliśmy na negatywy. Mamy dużo wspaniałych wspomnień z tych czasów. Do dziś przetrwało kilka zdjęć, których nie musimy się wstydzić.
Po roku takiej zabawy zdobyłem pracę w lokalnej gazecie i pierwsze zarobione pieniądze zainwestowałem w Canona 300D - na raty oczywiście. To był przełom. Kitowy obiektyw, wbudowana lampa i srebrna obudowa nas wtedy nie przerażały. W międzyczasie kupiliśmy też starego Hasselblada i nadal pielęgnowaliśmy fotografię analogową, ale cyfra wciągnęła nas jak bagno. Zrządzeniem losu zmieniłem pracę i wylądowałem w małej firmie zajmującej się obsługą wesel. Stopniowo wkręcałem się w branżę, by po około roku powołać do życia Snap Studio - jeszcze wtedy w jednoosobowej wersji.
Natalia w 2006 roku wygrała drugą lustrzankę - Canona 20D - w konkursie, co stanowiło milowy krok w stronę fotografowania w duecie. To były lata rewolucji na rynku ślubnym. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że miło było brać w niej udział. Wtedy jako jedni z niewielu fotografowaliśmy w duecie i z sezonu na sezon pięliśmy się w górę.
Moda i nasze podejście się zmieniały, wiele znanych nazwisk z tamtych czasów gdzieś poznikało, bo nie przetrwali próby czasu. My cały czas staraliśmy się być jak najlepsi, jednak po 9 latach odczuliśmy wypalenie zawodowe. Natalia zaproponowała wtedy rebranding i tak powstało The Snap Shots. Z odświeżonym podejściem, bliższym temu co aktualnie nas kręci, całkowicie się zresetowaliśmy a klienci byli zachwyceni.
Na naszej fotograficznej drodze próbowaliśmy chyba wszystkiego: portretu, martwej natury, architektury, mody i tak dalej, ale żadnej z tych dziedzin nie mogliśmy się w pełni oddać - szczególnie moda była czymś, z czym chcieliśmy wiązać przyszłość. Zrealizowaliśmy razem sporo projektów, ale nigdy nie daliśmy rady rozwinąć tego tak jak udawało się ze ślubami.
Zawsze lubiliśmy pracę z sympatycznymi, otwartymi ludźmi i kiedy zbudowaliśmy już silną markę mogliśmy sami decydować o tym z kim chcemy pracować, a z kim nie. Wymaga to niesamowitej asertywności i jest nieco ryzykowne, ale pozwala na pracę w świetnych warunkach i z ludźmi podchodzącymi do świata w ten sam sposób co my.
Takie osoby są pełne entuzjazmu i pozytywnej energii. To właśnie uwielbiamy uwieczniać na zdjęciach. Jest to całkowicie naturalne, a nie kreowane jak w przypadku fotografii reklamowej. Lubimy co tydzień poznawać nowych ludzi, obserwować i analizować zachowania.
Do działania nakręca nad fotografowanie prawdziwego życia i emocji.
W swojej pracy jesteśmy dyskretni i nigdy nie wchodzimy z butami w prywatność, więc w naturalny sposób burzymy dystans między parą, a nami. Uwielbiamy moment przekazania albumu, w którym widzimy reakcję na naszą pracę. To bezcenne, budujące doświadczenie. Żadna, nawet najlepiej płatna komercja temu nie dorówna.
Inspirację stanowią dla nas głównie filmy, teledyski i albumy znanych fotografów (nie ślubnych). Nic jednak nie ładuje akumulatorów przed pracą jak obejrzenie dobrego reportażu. Uwielbiamy Wesa Andersona i Stanleya Kubricka za wyrazisty i konsekwentny styl.
Tych cech nadal brakuje wielu fotografom. Ulegają modzie, co samo w sobie nie jest złe, ale większość z nich zaczyna udawać kogoś innego. Możemy wrzucić zdjęcia takich fotografów do jednego portfolio i nikt nie będzie w stanie powiedzieć, które są czyje. Najtrudniej jest podążać za modą a jednocześnie być obok niej i wyróżniać się.
Lubimy przeglądać pracę innych fotografów, bo działa to na nas motywująco. Kiedyś doszliśmy do takiego etapu, w którym byliśmy zbyt pewni siebie i przestaliśmy się rozwijać, co w tej branży od razu widać.
Konkurencja prze do przodu i trzeba walczyć o jeszcze lepsze prace. Co ciekawe, wśród fotografów na pewnym poziomie taka rywalizacja jest bardzo zdrowa i jeden pomaga drugiemu. Nie ma tematów tabu, każdy otwarcie mówi o swojej pracy.
Od zawsze byliśmy wierni Canonowi, ale wyleczyliśmy się z potrzeby posiadania najnowszego, najlepszego i najdroższego sprzętu. Teraz bardziej cenimy sobie komfort pracy i dążymy do zminimalizowania ciężaru. Coraz częściej podróżujemy po świecie w związku z pracą i gabaryty mają dla nas kluczowe znaczenie.
Nie lubimy kiedy czujemy, że sprzęt nas ogranicza i patrząc na niego wywołuje negatywne skojarzenia. Dlatego nigdy nie zobaczycie nas z 70-200, czy tego typu gigantami. Dla nas są po prostu zbyt toporne. Niedawno prowadziliśmy warsztaty Snap Camp, na które do jednej torby zapakowałem 7 bezlusterkowców i 5 obiektywów. Wszystko ważyło tyle, co dwie lustrzanki z 2-3 szkłami.
Aktualnie 90% naszej pracy opiera się na 35mm, 50mm i Freestyler 50mm. Te ogniskowe czujemy najbardziej. Na sesjach stawiamy na minimalizm i poza kilkoma wyjątkami nie błyskamy i nie używamy blendy.
Odkąd na rynku pojawiły się bezlusterkowce staliśmy się ich fanami. 4 lata temu sprzedaliśmy Canona 24mm i zainwestowaliśmy w Fuji X-Pro1. W marcu dołączyliśmy do grona oficjalnych ambasadorów marki i w tym sezonie naszą pracę mamy zamiar oprzeć głównie na X-Pro2. Nadal czekamy na dobry system lamp błyskowych od Fuji, a te lada moment na pewno się pojawią.
Można zwiedzić kawał świata, poznawać wspaniałych ludzi i być za to wynagradzanym. Uwielbiamy podróżować, więc każda taka okazja bardzo nas motywuje i zapobiega wypaleniu. Może za jakiś czas Polska będzie tylko bazą wypadową, a większość roku będziemy spędzać za granicą. Kto to wie...