Fotograf na weselu to obowiązkowa sprawa – nawet w dobie pandemii koronawirusa SARS-CoV-2. Mimo tego, że panuje wiele obostrzeń, ludzie często po prostu je lekceważą, co skutkuje kolejnymi zakażeniami. Właśnie o tym jest historia fotografki z Texasu (USA), która pojechała na zlecenie.
Kobieta spędziła na weselu około 2 godzin i zwróciła uwagę na to, że nikt nie nosił maseczki – bez względu na to, czy uczestnicy byli na zewnątrz, czy w budynku. W pewnym momencie podeszła do niej panna młoda i podziękowała za to, że pojawiła się mimo zamieszania z panem młodym. Fotografka absolutnie nie wiedziała, o co chodzi, więc zapytała. Okazało się, że pan młody był na testach na obecność koronawirusa dzień przed ślubem. Panna młoda poprosiła, by artystka nie panikowała, bo przecież świeżo upieczony mąż nie ma żadnych objawów.
Fotografka się przejęła, ponieważ choruje na astmę i jest matką trojga dzieci. Po informacji, jaką dostała, stwierdziła z asystentką, że będą musiały opuścić miejsce ceremonii, ale nie obeszło się bez komplikacji. Organizatorka przyjęcia zawiesiła na artystce psy za brak profesjonalizmu, a druhny określiły ją jako "bezduszną niszczycielkę wesela niewinnej kobiety". Jedna z nich dodała, że jest nauczycielką i opiekuje się grupą 14 dzieci, i nie widzi najmniejszego problemu w ryzykowaniu, nie rozumiejąc zachowania fotografki.
Artystka domyślała się, że może być zakażona i zmieniła swoje nadchodzące plany, w tym spotkanie z rodziną oraz odesłała swoje dzieci do krewnych, zanim wróciła do domu. Nadchodzące zlecenia przekazała znajomym fotografom. Po krótkim czasie zaczęła się kiepsko czuć, poddała się testom na obecność koronawirusa SARS-CoV-2, a te dały wynik pozytywny.
Żeby było zabawniej, przed wyjściem fotografka natknęła się na jedną z druhen i powiedziała jej następujące słowa: "Mam dzieci. Co jeśli umrą?", a w odpowiedzi usłyszała: "Rozumiem, ale to JEJ WESELE". Ludzie jednak mają tupet.