Na wojnie granicą jest ludzkie cierpienie - rozmowa z Wojciechem Grzędzińskim

Na wojnie granicą jest ludzkie cierpienie - rozmowa z Wojciechem Grzędzińskim03.06.2009 07:00
Konflikt w Gruzji, fot. Wojciech Grzędziński
Konflikt w Gruzji, fot. Wojciech Grzędziński
Krzysztof Basel
  • Byliśmy wtedy we trzech (...).  W samochodzie były nasze kamizelki, a Abu, naszego kierowcę,  wyciągnęli z wozu. Nie chciał oddać kluczyków, więc milicjanci przeładowali ?Kałacha? i puścili serię w powietrze nad głową. Dalej był twardy i powiedział, że nie odda. To zaczęli mu strzelać pod nogi to już oddał kluczyki - wspomina ciężkie chwile podczas wojny w Gruzji Wojciech Grzędziński. Z laureatem World Press Photo 2009 rozmawiam o ciężkiej i niebezpiecznej pracy fotoreportera wojennego, kulisach powstawania jego najbardziej znanego materiału z Gruzji oraz o tym, dlaczego ścigało go polskie wojsko.

Z Wojtkiem Grzędzińskim rozmawiałem ponad miesiąc temu w Cannes we Francji, podczas gali konkursu Sony World Photography Awards 2009. Fotograf odebrał wtedy główną nagrodę w kategorii "Current Affairs" za czarno-biały fotoreportaż z konfliktu w Gruzji. Ale to tylko jedno z wielu wyróżnień, jakie polski fotograf otrzymał w tym roku. 2 tygodnie temu Wojciech przyjął nagrodę na Grand Press Photo 2009, czyli najbardziej prestiżowym, polskim konkursie dla profesjonalnych fotoreporterów. Jednak najważniejszym wyróżnieniem okazała się nagroda w World Press Photo 2009 - fotograficznych Oskarach.

Wojciech Grzędziński na SWPA 2009, fot. K.Basel
Wojciech Grzędziński na SWPA 2009, fot. K.Basel

Palmy, drogie samochody, szampan - to nie są klimaty, w których skromny i miły fotograf czuje się dobrze.

*- Lepiej czuje się na wojnie, niż teraz przemawiając do Państwa - mówił Grzędziński podczas omawiania swoich prac na wystawie pokonkursowej. *

Fotograf kolektywu Napo Images wie, co mówi. W swojej kilkuletniej karierze był wysyłany w wiele miejsc konfliktów zbrojnych, w tym do Gruzji. To właśnie za zdjęcia z rejonu okupowanego przez Rosjan zasłynął na całym świecie.

Krzysztof Basel: Jakiś czas temu na łamach swojego fotobloga prosiłeś czytelników o radę, jak po raz kolejny obejść powołanie do wojska. Udało się?

Wojciech Grzędziński*: Odzew był duży, ale mało konkretów. Wojska nie udało się obejść, ale na szczęście armia już nie wciela na siłę.  To długa historia. Ogólnie rzecz ujmując byłem w Iraku, a wojsko się o mnie upominało. Było to troszkę paranoiczne i dziwne.

To lekki, polski absurd, bo można chyba powiedzieć, że wiesz o wojnie więcej, niż niejeden stacjonujący w koszarach żołnierz.

Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby pójść służyć na 9 miesięcy, gdybym widział w tym jakikolwiek sens. Jeżeli mam stać i pilnować bramy na dwudziestostopniowym mrozie tylko dlatego, że wojsko nie ma pieniędzy na ochronę, to średnio to widzę. Dla mnie to jest czas zmarnowany.

Fot. Wojciech Grzędziński
Fot. Wojciech Grzędziński

Wojsko nie złożyło propozycji odbycia praktyk jako ich fotograf dokumentalista w ramach odbycia służby wojskowej?

Nie, dla Wojskowej Komisji Uzupełnień każdy, kogo chcą wcielić, jest anonimowy. Kompletnie nie wiedzieli, czym się zajmuję i kim jestem. Szkoda, bo gdybym miał możliwość dokumentowania życia polskich żołnierzy na misjach czy robić materiały dla wojska, to nie widziałbym w tym żadnego problemu.

Ale jednak ciągnie Cię do wojska i żołnierzy. Widać, że ciągle znajdujesz się w miejscach konfliktów zbrojnych. Kilka miesięcy temu fotografowałeś w Gruzji. Byłeś bezpośrednim świadkiem wojny na froncie. Czy wielu fotoreporterów decydowało się na taki krok?

W Gruzji na początku, jak naprawdę działa się wojna, to było bardzo mało fotoreporterów i dziennikarzy. Osoby przebywające w Gruzji rzeczywiście były na głównej linii, czyli w okolicach Gori. Później przyjechali nowi fotoreporterzy. Na checkpointach zaczęły tworzyć się punkty, gdzie zbierała się prasa. Bardzo mało osób jechało dalej. Było mnóstwo osób, które dojeżdżały do linii rosyjskich, gruzińskich, albo stali na autostradzie, gdzie gruzińska policja zrobiła blokadę i przepuszczała dalej tylko za okazaniem legitymacji prasowej. Wiele osób tam zostawało i przygotowywało relacje. To byli głównie dziennikarze telewizyjni. Fotoreporterzy w znacznej części próbowali przedostać się dalej. Jednym to się udawało, innym nie. Tylko ok 20-30 osób rzeczywiście przekroczyło tę linię.

Ile miałeś czasu na przygotowanie się do wyjazdu do Gruzji?

2 godziny i 10 minut ? to czas, jaki miałem, aby przygotować się i dojechać na lotnisko. Na wojnie karty płatnicze nie działają, dlatego mam w domu schowane trochę pieniędzy w twardej walucie, czyli dolarach albo euro. Akurat tak się złożyło, że miałem też kamizelkę kuloodporną, którą kiedyś włożyłem po jednej wyprawie do szafy i zapomniałem oddać. Tyle miałem fizycznie czasu, aby się przygotować, natomiast wiedziałem, że w końcu coś się stanie w Gruzji. Wcześniej czytałem wiele na temat rejonu, w który miałem wyjechać. Wyjechałem tam prędzej, niż przypuszczałem.

Zdarzyło Ci się  stracić swój sprzęt na wojnie?

Na szczęście nigdy nie straciłem sprzętu fotograficznego. Ukradziono mi jednak dwukrotnie kamizelkę kuloodporną oraz samochód.

Konflikt w Gruzji, fot. Wojciech Grzędziński
Konflikt w Gruzji, fot. Wojciech Grzędziński

Samochód? Jak to się stało?

Miałem dużo szczęścia, że straciliśmy tylko samochód, bo mogliśmy stracić o wiele więcej.

Raz wybili nam szyby w samochodzie zaparkowanym w Izraelu i zabrali 2 kamizelki. Złodzieje nie wiedzieli jednak, że w bagażniku był sprzęty satelitarny, torba z moim aparatem i obiektywami oraz 2 laptopy. W Gruzji była trochę inna sytuacja. Byliśmy w Gori akurat, kiedy wojsko rosyjskie zajęło miasto razem z Osetyjczykami. Osetyjska milicja była znana z tego, że lubuje się w rabowaniu wszystkiego, co ma jakąś wartość. Szczególnie upodobali sobie Mercedesy. Nasz kierowca Abu miał pięknego, granatowego Merca. Byliśmy wtedy we trzech, jeszcze z kumplem z Faktu Adasiem Kardaszem i dziennikarzem Konradem. W samochodzie były nasze kamizelki, a Abu wyciągnęli z wozu. Kierowca nie chciał oddać kluczyków, więc milicjanci przeładowali ?Kałacha? i puścili serię w powietrze nad głową. Był dalej twardy i powiedział, że nie odda. To zaczęli mu strzelać pod nogi to już oddał kluczyki. Mieliśmy mnóstwo szczęścia, bo Adaś musiał wysłać wcześniej zdjęcia, zatem zabrał laptopa oraz sprzęt satelitarny i był w innym miejscu w czasie incydentu.

Jak sobie dalej poradziliście?

Nie mieliśmy już samochodu, więc wracaliśmy na piechotę, ale szczęście dalej nam sprzyjało. Byliśmy otoczeni w mieście ścisłym kordonem armii rosyjskiej i nie wiedzieliśmy, co się stanie. Wcześniej nie mieliśmy kontaktu z Rosjanami, ale słyszeliśmy różne straszne opowieści. Zatem chcieliśmy się stamtąd szybko wydostać. I tu nagle zobaczyliśmy 4 samochody pędzące na pełnym gazie przez Gori. Zamachałem na stopa i jeden się zatrzymał. Schowałem się do bagażnika i potem na punkcie kontrolnym musiałem przypomnieć sobie kilka słów po rosyjsku. Na szczęście udało nam się stamtąd wydostać cało.

Co w momentach walk czuje fotoreporter? Jest tylko skupiony na zdjęciach i nie cofnie się przed niczym, aby złapać dobry kadr, czy jednak mocno obawia się o własne życie i ma granice, których nie przekroczy?

Nie wybieram się w miejsca konfliktów zbrojnych, żeby nieść innym doraźną pomoc. Jestem tam po to, aby zrobić przejmujące zdjęcia, które potem zobaczy wielu ludzi, dowie się o tragedii i w jakiś sposób pomoże. Taka jest moja rola... Ale jeśli widzę, że ktoś cierpi i mogę tej osobie pomóc, to tak czynię. Granicą jest ludzkie cierpienie.

Na manifestacjach, jak podczas G20 w Londynie, o swoje życie chyba nie trzeba się obawiać. Czy było tam aż tak niebezpiecznie, jak podają media?

Na manifestacjach trzeba szczególnie uważać! Tłum może wyrządzić wielkie szkody. Podczas manifestacji w Londynie przedzierałem się właśnie przez taką masę ludzi chcąc zrobić zdjęcia w centrum wydarzeń. W pewnym momencie zacząłem być spychany w jednym kierunku, a mój aparat zawieszony na szyi powędrował w drugim. Między nami stała latarnia, na której zawiesił się pasek od aparatu. Zacząłem się dusić. Powoli traciłem przytomność. W ostatniej chwili ktoś mi pomógł. Zamiast w centrum wydarzeń uchwycić dobre kadry.

G20 w Londynie, fot. Wojciech Grzedziński
G20 w Londynie, fot. Wojciech Grzedziński

Praca w gazecie codziennej, tworzenie autorskich fotoreportaży, udział w projektach takich jak Napo Images i prowadzenie własnego fotobloga ;).  Jak to wszystko potrafisz połączyć ?

Nie jest łatwo, ale jak widać udaje się. Znajduję też trochę wolnego czasu.

Dziękuję za rozmowę i życzę wielu udanych kadrów, które, mam nadzieję, zobaczymy również na fotoblogu.

  • Wojciech Grzędziński - rocznik 1980. Studiował Stosowane Nauki Społeczne, Etnologię Antropologię Kulturową oraz Pedagogikę Resocjalizacyjną. Pracował dla gazet codziennych min. ?Super Expressu?, ?Rzeczpospolitej?, ?Dziennika?. W fotografii interesuje go człowiek zarówno w zanurzony w codzienności jak i w zderzeniu z sytuacjami ekstremalnymi. Uczestnik warsztatów fotograficznych organizowanych przez agencję VII. Członek kolektywu Napo Images.
Źródło artykułu:WP Fotoblogia
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)