Tragedia w Jonestown. Członkowie sekty popełnili zbiorowe samobójstwo

Tragedia w Jonestown. Członkowie sekty popełnili zbiorowe samobójstwo
09.10.2021 08:19
Tragedia w Jonestown. Członkowie sekty popełnili zbiorowe samobójstwo
Źródło zdjęć: © © David Hume Kennerly/Getty Images

– Umierajcie z godnością. Nie umierajcie we łzach i rozpaczy. Śmierci nie ma, to jak przejście do innego samolotu – mówił Jim Jones do członków swojej sekty. Niedługo potem na placu leżały setki martwych ciał. Było to największe zbiorowe samobójstwo w dziejach najnowszych.

Amerykańska sekta znana jako Świątynia Ludu przyciągała wiernych nietypowym, jak na tamte czasy, egalitaryzmem. Charyzmatyczny guru Jim Jones przekonywał, że jego wspólnota jest otwarta dosłownie dla wszystkich.

Przekaz był zawsze prosty i opierał się na braterstwie oraz równości (…) Nikt nie osądzał cię na podstawie wyglądu, poziomu wykształcenia czy posiadanych pieniędzy – wspominał Richard Cordell, były członek sekty. Gdy przekraczał progi świątyni Jonesa nie wiedział jeszcze, że guru przyczyni się do śmierci jego żony, dzieci i kilkunastu krewnych.

Utopia Jima Jonesa

Świątynia Ludu została założona w 1956 r. w Indianapolis. Jones zyskiwał popularność nie tylko płomiennymi kazaniami, ale również dzięki prezentowaniu niezwykłych cudów. Dotyk i słowa guru sprawiały, że ludzie wstawali z wózków inwalidzkich, a niewidomi odzyskiwali wzrok. W rzeczywistości wszystkie te scenki były odgrywane przez w pełni zdrowych współpracowników Jonesa.

Sekta szybko się rozrastała, skupiając w szczytowym okresie ok. 30 tys. osób. Nic dziwnego, że w połowie lat 70. Jones był zaliczany do grona najważniejszych przywódców religijnych w USA, a o jego przychylność zabiegali amerykańscy politycy. Za popularnością grupy szły ogromne pieniądze. Głoszenie wzniosłych haseł nie oznaczało bynajmniej, że Jones był bezinteresowny - każdy nowy członek musiał przekazywać wspólnocie cały swój majątek. W pewnym momencie w kasie świątyni znajdowało się aż 15 mln dolarów.

Z biegiem lat Jones coraz częściej mówił o Apokalipsie, zagrożeniu zewnętrznym i… demoralizującym amerykańskim kapitalizmie. Słowa te nie obudziły czujności w najwierniejszych wyznawcach sekty, którzy postanowili stworzyć wraz z guru samowystarczalną społeczność w Gujanie. Przywódca sekty wybudował tam osadę, którą nazwał na swoją cześć Jonestown.

Tragedia w Gujanie

To, co wielu osobom jawiło się jako raj, szybko zaczęło przypominać obóz pracy. Mieszkańcy osady spędzali kilkanaście godzin dziennie przy uprawach, otrzymując coraz skromniejsze racje żywnościowe. Dookoła rozmieszczono głośniki, za pośrednictwem których przywódca sekty kontaktował się ze swoimi wyznawcami. W Jonestown nie brakowało też uzbrojonych strażników.

Inspiracje Jonesa wydają się być bardzo wyraźne. Dość wspomnieć, że w młodości interesował się dziełami Marksa i Lenina, a w latach 50. uczęszczał na spotkania Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych. Raczej nieprzypadkowo osada w Gujanie przypominała więc do złudzenia świat z ulubionej książki Jonesa - Roku 1984 Orwella.

Zaniepokojone rodziny zaczęły z czasem podejrzewać, że ich najbliżsi nie przebywają w Jonestown dobrowolnie. Naciski z ich strony sprawiły, że 17 listopada 1978 r. wizytę w osadzie złożył kongresmen Leo Ryan. Polityk został serdecznie ugoszczony przez Jonesa i był gotów złożyć pozytywny raport w Kongresie. Problemy zaczęły się, gdy nazajutrz Ryan i jego ludzie szykowali się do powrotu.

Część wyznawców zaczęła wówczas błagać kongresmana, by zabrał ich ze sobą. Niedługo potem na lotnisku pojawili się ludzie Jonesa. Otworzyli ogień, zabijając Ryana, trzech dziennikarzy i przypadkową dziewczynkę. Guru wiedział, że zbrodnia nie ujdzie mu na sucho, dlatego zarządził pilne zebranie wszystkich mieszkańców osady. Wtedy jego wyznawcy mieli usłyszeć, że rząd USA zamierza wysłać wojsko, aby zniszczyć Jonestown. Przywódca Świątyni Ludu przekonywał, że jedynym wyjściem z tej sytuacji jest rewolucyjne samobójstwo.

Nie wiadomo, ilu wyznawców wypiło truciznę z własnego wyboru, a ilu zrobiło to w poczuciu bezsilności (dookoła placu ustawili się uzbrojeni strażnicy). Wiadomo natomiast, że zginęło wówczas 909 osób. Śmierć poniósł także sam Jim Jones. Według oficjalnej wersji strzelił sobie w głowę. Masakra w Jonestown została uwieczniona na zdjęciach wykonanych m.in. przez fotoreportera Miami Herald Tima Chapmana oraz byłego fotografa Białego Domu Davida Hume'a Kennerly'ego.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (6)